Keith Moon odpalił bombę w perkusji na żywo. Ten występ The Who przeszedł do legendy
Siedemnastego września 1967 roku fala uderzeniowa rock'n'rolla przetoczyła się przez amerykańskie salony, a jej epicentrum znajdowało się w studiu CBS. Wszystko za sprawą The Who, którzy wbijali się na antenę popularnego programu „The Smothers Brothers Comedy Hour”. Finał ich występu miał być zwieńczony typową dla zespołu demolką sprzętu, jednak to, co wydarzyło się podczas ostatnich taktów „My Generation”, przeszło do legendy. Perkusista Keith Moon, wirtuoz chaosu, odpalił ukryty w bębnach ładunek wybuchowy. Problem w tym, że jego moc była dziesięciokrotnie większa niż planowano. Potężna kanonada ogłuszyła wszystkich w studiu, na moment uciszając transmisję i zostawiając po sobie gęsty dym, sceniczny armagedon oraz totalnie zszokowanych muzyków i publiczność.
Kto odpowiada za wybuch na scenie The Who? Przekupiony technik czy fatalna pomyłka?
Jak doszło do tego, że kontrolowany wybryk zamienił się w prawdziwe bombardowanie? Istnieją dwie wersje zdarzeń, obie tak barwne, że do dziś rozpalają wyobraźnię fanów. Według Jeffa Steina, reżysera dokumentu „The Kids Are Alright”, Moon poszedł na diabelski układ z jednym z techników. Za pomocą zakrapianej łapówki miał go namówić do załadowania do bębnów dawki prochu, która złamałaby wszelkie przepisy BHP. Z kolei producent programu, Allan Blye, rzucał na sprawę inne światło, sugerując niefortunny zbieg okoliczności. Podobno zarówno ekipa show, jak i zespół, nie wiedząc o swoich zamiarach, niezależnie poprosiły speca od efektów o „większy huk”. Jaka by nie była prawda, The Who mieli już reputację scenicznych niszczycieli, którą gospodarz Tommy Smothers widział na własne oczy podczas festiwalu Monterey Pop, więc wszyscy spodziewali się iskier. Nikt nie spodziewał się jednak pożaru.
Płonące włosy Townshenda i odłamek w ramieniu Moona. Bolesny finał występu The Who
Bezpośrednie konsekwencje eksplozji były równie dramatyczne, co sam huk. Pete Townshend, który znalazł się najbliżej perkusji, przyjął na siebie niemal całą siłę uderzenia. Doznał trwałego uszkodzenia słuchu, a jego włosy, co uchwyciły kamery, stanęły w płomieniach. Sam Keith Moon również nie uniknął pamiątki po własnym szaleństwie, gdy odłamek talerza niczym szrapnel wbił mu się w ramię. W tym samym czasie basista John Entwistle, ostoja spokoju, stał niewzruszony pośród tego piekła. Jedynie wokalista Roger Daltrey, jakby przeczuwając nadchodzącą katastrofę, przezornie odsunął się na bezpieczną odległość. Gdy prowadzący, Tommy Smothers, próbował uspokoić sytuację, wchodząc na scenę z gitarą akustyczną, Townshend natychmiast mu ją wyrwał i roztrzaskał o podłogę. To był ostateczny gwóźdź do trumny jakiegokolwiek porządku w telewizji na żywo.
Wybuch, który otwiera kultowy film o The Who. Tak narodziła się legenda rocka
Incydent w programie Smothersów stał się czymś więcej niż telewizyjną anegdotą. To jeden z najświętszych momentów w dekalogu rocka, manifest nieokiełznanej i autentycznie niebezpiecznej energii, która definiowała The Who. Obraz eksplozji był tak potężny, że w 1979 roku reżyser Jeff Stein użył go jako sekwencji otwierającej kultowy dokument „The Kids Are Alright”, na zawsze wypalając go w zbiorowej świadomości fanów. To wydarzenie nie tylko na stałe uszkodziło słuch Pete'a Townshenda, który gorzko przyznał, że „nigdy już nie był taki sam”. Pokazało ono również, że dla Keitha Moona i The Who granice istniały tylko po to, by je przekraczać w najbardziej spektakularny sposób. W końcu jeśli nie grasz na krawędzi, to tak naprawdę w ogóle nie grasz.