Dave Grohl powołał do życia Foo Fighters w 1994 roku. Była to odpowiedź muzyka, wtedy najbardziej znanego na świecie jako perkusista Nirvany, który wziął udział w nagraniach legendarnego albumu Nevermind, na tragedię, której doznał. Takową z pewnością była dla niego samobójcza śmierć Kurta Cobaina i równoznaczny z tym rozpad kapeli, której był tak istotną częścią.
Formacja Grohla powstała kilka miesięcy później, wtedy głównie po to, aby na koncertach promować album, który to muzyk nagrał samodzielnie. Koncertowo Foo Fighters zadebiutowali w lutym 1995 roku, a krążek, zatytułowany po prostu eponimem, ukazał się cztery miesiące później. Poza Davem, już wtedy zespół współtworzyli muzycy dziś równie mocno z nim kojarzeni: Pat Smear, z którym to lider świetnie znał się jeszcze z okresu w Nirvanie, i Nate Mendel.
Historia wizyt Foo Fighters w Polsce
Co ciekawe, o ile jako członek poprzedniej kapeli Grohl do Polski nie dotarł, o tyle zawitał nad Wisłę ze swoim nowym projektem już w 1996 roku. Foos wystąpili w ramach Sopot Rock Festival niemal dokładnie trzy dekady temu. Z kolejną wizytą grupa już trochę poczekała - niemal dwie dekady, gdyż dopiero w 2015 roku zagrała w krakowskiej TAURON Arenie. Zespół miał już wtedy na koncie swoje najbardziej po dziś dzień cenione krążki z There Is Nothing Left to Lose, One by One, In Your Honor i Wasting Light na czele, kilkanaście statuetek Grammy i status jednej z najważniejszych współczesnych formacji rockowych. Już wtedy mówiło się wprost o tym, że to takie grupy, jak właśnie Foo Fighters z pewnością z biegiem lat będą w stanie osiągnąć poziom stadionowy takich gigantów, jak Metallica, The Rolling Stones czy U2, a więc największych z największych.
Kolejne dwie wizyty to jednak nie pokazy na Stadionach, a sety festiwalowe, konkretniej na Open'er Festival, odpowiednio w 2017 i 2024 roku. Szczególny był pod tym względem drugi z występów. Dwa lata temu Foos zagrali w Polsce pierwszy raz od tragicznego wydarzenia z 2022 - śmierci Taylora Hawkinsa. W 2023 roku formacja dobitnie pokazała, że zamierza działać dalej, wydając świetnie przyjęty album But Here We Are, który promowała na trasie, z którą to właśnie dotarła na Open'era.
2026 to to niejako nowy początek w Foo Fighters - grupa działa już z nowym perkusistą, Ilanem Rubinem, z którym nagrała dwój kolejny krążek. Your Favorite Toy ukazał się w kwietniu tego roku i stanowi powrót kapeli do jej głośnych, punkowych, garażowych, nieco brudnych, chaotycznych, a przy tym niezwykle autentycznych korzeni. To w ramach promocji tego wydawnictwa Foos zorganizowali kolejną serię występów - "Take Cover Tour 2026".
Polecany artykuł:
Nowa trasa okazała się być pierwszą w Polsce próbą Foo Fighters zebrania swojej publiki na stadionie - i to tym największym w Polsce, gdyż warszawskim Stadionie Narodowym. Pokaz zaplanowano na 15 czerwca i choć pojawiały się pytania, czy obrany przez zespół cel pod tytułem "Narodowy" nie był na wyrost, to zdaje się, że dziś już grupa Dave'a Grohla ma taki status. że oczywiste jest, że wybiera takie właśnie obiekty.
Do wspólnej wizyty w Stolicy Polski Foos zaprosili w roli supportów dwie grupy. Występ pierwszej z nich, pochodzącej z Japonii Otoboke Beaver, mógł być ciekawym doświadczeniem dla fanów głównej gwiazdy. Tym zdecydowanie bardziej znana była druga kapela, Royel Otis. Duet ma za sobą kilka koncertów w Polsce - w tym headlinerski na Inside Seaside 2025. Mnie z miejsca przekonali coverem kultowego Linger The Cranberries. Wszyscy czekali jednak oczywiście przede wszystkim na Dave'a Grohla i spółkę.
Mocny start
Zespół na sam start naprawdę zaskoczył, gdyż pojawił się na scenie przed czasem! Dosłownie na kilka minut przed godziną 20:00 i od razu zaczął od mocnego uderzenia. Choć grupa nie gra na trasie stałej setlisty, to zdaje się, że jej punktem obowiązkowym jest otwierający koncerty klasyk nad klasykami, totalnie przeze mnie uwielbiany, do którego regularnie wracam All My Life. Pokaz na Narodowym to mój pierwszy koncert Foo Fighters w życiu, a możliwość usłyszenia tego hymnu na żywo - na start - to coś niesamowitego, co zdecydowanie nadało tempa i naszpikowało publikę energią na całą resztę koncertu. Ta naprawdę była konieczna, gdyż Foos rządzili sceną przez aż niemal trzy godziny!
Setlista marzeń?
Z każdym kolejnym numerem było tylko coraz lepiej. Co istotne, na tej trasie koncertowej Foo Fighters nie stawiają po prostu na odgrywanie swoich kawałków nuta po nucie. Panowie bawią się swoją twórczością, wplatając w nią solówki na różne instrumenty, przekomarzanie między sobą, interakcję z publicznością czy dodawanie do kawałków innych klasyków, jak Ace of Spades Motörhead w No Son of Mine. Setlista sama w sobie była genialna. Formacja niesamowicie inteligentnie połączyła swoje największe klasyki, ze wspomnianym wyżej All My Life, The Pretender, Learn to Fly, These Days, My Hero czy w końcu zagrane na sam koniec Everlong na czele, z numerami z dwóch ostatnich płyt. Jestem niesamowicie wdzięczna za możliwość usłyszenia na żywo ukochanego Nothing At All, a pewien fan spod warszawskiego hotelu z pewnością za to, że wybrzmiał wyczekiwany Hey, Johnny Park! – klasyk!
Świetnym pomysłem jest akustyczna część w samym środku koncertu, która nieco studzi emocje po pierwszej części i szykuje na kolejną. Równie ciekawy jest sposób przedstawienia muzyków zespołu – w nm także dominuje idea powrotu do korzeni, kiedy to każdy z Panów wykonuje kawałki ze swoich dawnych projektów. To w tym segmencie właśnie Dave i Ilan zamieniają się miejscami – z tym, że u nas bębniarz postawił na gitarowy popis, nie stając przed mikrofonem.
Co najmniej kilka momentów zapamiętam z tego, co zadziało się na warszawskim Narodowym. To w trakcie Rescued niespodziewanie zaczął padać ulewny deszcz, który (na szczęście!) zniknął równie szybko, co się pojawił. Dave podziękował więc za obecność także Matce Naturze. Kolejno – białe piłki, w domyśle mentosy, które opanowały cały stadion w rytm Big Me. Wspomniany już wyżej Ilan Rubin dostał swój jeszcze jeden moment, już siedząc za bębnami. Chodzi mi oczywiście o solo, które wybrzmiało w trakcie Monkey Wrench. Jestem przekonana, że zgodzą się ze mną wszystkie osoby, obecne na miejscu, że dosłownie całym sobą człowiek czuł każde uderzenie, wybijane przez muzyka na jego perkusji. Nie da się ukryć – Ilan pasuje do Foo Fighters jak brakujący po śmierci Taylora Hawkinsa element układanki. Wyraźnie widać, że wszyscy czują się dobrze i swobodnie w swoim towarzystwie, garściami czerpiąc radochę z grania.
Scena to ich żywioł
Jaki jest Narodowy, to każdy już świetnie wie, faktem jest, że tego dnia, z miejsca, w którym byłam, wszystko słyszałam bardzo dobrze. Bez problemu byłam w stanie rozpoznać każdą piosenkę i nawet wyłapać słowa czy zaczepki Dave’a Grohla.
No właśnie, Dave. Choć nie da się ukryć, że w związku z prywatnym skandalem nieco zmieniło się jego postrzeganie przez opinię publiczną, to faktem jest, że jest on prawdziwym scenicznym zwierzęciem. Grohl idealnie spełnia się w roli lidera, frontmana – i świetnie mu to pasuje. Muzyk dba o stały kontakt z publiką zagadując ją, zachęcając do określonych reakcji, ale nie popada przy tym w przesadę, na przykład wygłaszając trwające nie wiadomo ile czasu monologi. Co tu dużo mówić – Dave jest wyjadaczem, zna ten świat jak mało kto – widać przy tym, że czuje się w nim jak ryba w wodzie. Scena to jego żywioł – tak samo, jak Chrisa, Nate’a, Pata, Ramiego i od niedawna Ilana.
Gotowi na stadionowe ikony?
Foo Fighters to dziś jeden z największych zespołów, stawiający sobie już za cel stadiony, co patrząc na jego historię, osiągnięcia i lata w branży jest krokiem jak najbardziej słusznym i zrozumiałym. Zdaje się przy tym, że to już naprawdę idealny czas na to, aby Foos zrobili koncertowo coś wyjątkowego, przełomowego, czerpiąc z doświadczenia starszych grup po fachu. Panowie zdecydowanie mają zadatki na to, aby zorganizować stadionowe show, które przyciągnie tłumy. Mam tu na myśli przede wszystkim scenę, której ustawienie w samym środku największych obiektów powinno powoli stawać się normą, a nie ciekawostką. Na takim show mam nadzieję zobaczyć ich następnym razem – Dave obiecał, że stanie się to szybciej, niż może się wydawać. Foo Fighters nie tylko nagrywają kolejne świetne krążki, ale przede wszystkim odnajdują swój żywioł na scenie. Zespół chce się oglądać, chce się słuchać wiedząc, że ma się przed sobą grono zapaleńców, totalnie zakochanych w tym, co robią. Występ Foo Fighters to zdecydowanie jeden z tych, które trzeba w życiu przeżyć: muzyka, emocje, szczerość, profesjonalizm, świetna zabawa i swoboda – ja na pewno wrócę na kolejne koncertowanie spotkanie z tą szóstką.