Phil Collins jest jednym z najbardziej znanych i cenionych muzyków na świecie. Rozpoznawalność i przychylność, tak słuchaczy, jak i krytyków, zyskał, gdy objął rolę wokalisty i perkusisty w zespole Genesis. To właśnie w latach 80., gdy on pełnił rolę frontmana w formacji, ta znalazła się na szczytach.
W 2022 roku jednak zespół zagrał swoją ostatnią trasę koncertową i już w jej trakcie wyraźnie widoczne były problemy zdrowotne artysty. Collins występował i śpiewał siedząc, nie grał także na bębnach. Na tym etapie nie były tajemnicą jego kłopoty z kręgosłupem, gdyż w 2007 roku doznał on uszkodzenie kręgów szyjnych, co doprowadziło do trwałego uszkodzenia nerwów, co uniemożliwia mu granie na perkusji. Ze względu na kilka operacji kolana Collins porusza się od dawna przy kulach bądź lasce. Całkiem niedawno zaś okazało się, że muzyk zmagał się także z problemami z nerkami, do tego wpadł w wyniszczające uzależnienie od alkoholu. Teraz okazuje się, że w jego wyniku perkusista nieomal stracił życie...
Phil Collins szczerze o poważnym uzależnieniu od alkoholu
W nowym wywiadzie dla "The Sunday Times" Collins niezwykle szczerze opowiedział o nałogu alkoholowym, z którym zmagał się jeszcze dwa lata temu. Co ważne, muzyk już wcześniej był uzależniony, przestał pić w 2012 roku, ponownie jednak chwycił za kieliszek 11 lat później. Jak wspomina, tym razem sytuacja była na tyle poważna, że po przebudzeniu, myśląc o tym, co chciałby na śniadanie, do głowy przychodziła mu tylko lampka wina.
Ostatecznie tym razem nałóg doprowadził do tego, że posłuszeństwa zaczęły odmawiać kolejne narządy, a on sam wylądował w szpitalu. Jak opowiada, na pewnym etapie problemów zdrowotnych, w 2024 roku, lekarze mieli rozważać odłączenie go od aparatury podtrzymującej pracę narządów. Collins dodaje, że w tym momencie bliscy odwiedzali go w szpitalu, ale tylko po to, aby się z nim spotkać po raz ostatni i zwyczajnie pożegnać. Bębniarz mówi, że jest niezwykle wdzięczny, że udało mu się wrócić do zdrowia i zapewnia, że obecnie w ogóle nie tyka alkoholu.
Kilka decyzji... coś w tym stylu: "Czy podtrzymywać Phila przy życiu?". Moje nerki odmawiały posłuszeństwa, moje organy po prostu przestawały pracować. Ludzie przychodzili, żeby się pożegnać. Ale nie pamiętałam, żeby przychodzili – nie miałem pojęcia, że coś takiego się dzieje. Wszyscy martwili się, że mnie już nie zobaczą. Mogło się to wszystko tak strasznie potoczyć. Miałem wielkie szczęście, że wyszedłem z tego cało. Nie muszę chyba dodawać, że od tamtej pory nie piłem ani jednego drinka - mówi artysta.