Za grubą szybą reżyserki świat wygląda inaczej. Tam, w środku, artysta walczy z demonami, geniuszem i terminami, a wokół niego kręci się świta asystentów, dealerów i przypadkowych gości. Producent jest tym, który ma to wszystko posklejać. Ma być alchemikiem, psychologiem i dyktatorem w jednym. Zazwyczaj pozostaje niewidzialny, jest nazwiskiem drobnym drukiem na okładce winyla, cichym architektem brzmienia, które definiuje pokolenie. Ale czasem blask reflektorów pada pod złym kątem i nawet człowiek z cienia musi na chwilę zmrużyć oczy.
Tony Visconti, chłopak z Brooklynu, który nauczył się fachu, grając na tubie i kontrabasie, zanim chwycił za gitarę, a wreszcie za konsoletę, doskonale znał to uczucie. Przez lata obserwował, jak jego podopieczni – Marc Bolan czy David Bowie – płoną najjaśniejszym ogniem, stając się ikonami. On sam na chwilę poczuł na karku oddech sławy, choć w zupełnie innym, mniej rockandrollowym wydaniu.
Teraz wiem, jak to jest być gwiazdą rocka. Nie, nie przespałem się z 5 groupies naraz. Ale udzieliłem około 45 wywiadów w ciągu 5 dni w 3 miastach.
Ta gorzka, ironiczna wypowiedź to esencja rockowego przemysłu widzianego od zaplecza. To opowieść nie o blichtrze, ale o machinie promocyjnej, która potrafi zmielić każdego. O momencie, w którym sztuka staje się produktem, a jej twórca – wędrownym handlarzem opowiadającym wciąż tę samą anegdotę dziennikarzom w kolejnych hotelowych lobby.
Czy tak właśnie wygląda rockandrollowy Olimp?
Mitologia rocka karmi się ekscesem. Opowieściami o rozbijanych gitarach, demolowanych pokojach hotelowych i niekończących się imprezach. To fasada, którą sprzedaje się milionom fanów. Visconti, stojąc u boku największych, widział ją z bliska. Widział też to, co kryło się za nią: potworną presję, twórcze męki i właśnie tę – śmiertelnie nudną – pracę u podstaw. Te 45 wywiadów to druga, mniej fotogeniczna strona medalu. To cena, jaką płaciło się za miejsce na szczycie. On sam stał się na moment twarzą brzmienia, które pomagał tworzyć. To nie były już tylko pytania o to, „jak było pracować z Bowiem”. To były pytania o jego wkład, jego wizję, jego życie. Stał się częścią spektaklu, choć wolał być jego reżyserem. W jego słowach nie ma jednak żalu, jest raczej trzeźwe, nieco zmęczone spojrzenie człowieka, który zajrzał za kurtynę i niekoniecznie spodobało mu się to, co tam zobaczył.
Tony Visconti, czyli jak rzeźbi się w dźwięku i ego
Jego kariera to w istocie historia dwóch niezwykłych artystycznych partnerstw. Pierwsze z nich, z Markiem Bolanem, było jak praca z żywym ogniem. To Visconti pomógł przekształcić folkowy, nieco hipisowski duet Tyrannosaurus Rex w glamrockowego potwora znanego jako T. Rex. To on stał za produkcją albumu *Electric Warrior*, płyty, która dała światu riffy „Get It On” i uczyniła z Bolana supergwiazdę. Pracował z artystą kapryśnym, pełnym blasku, ale i niezwykle kruchym. Drugie partnerstwo, znacznie dłuższe i bardziej skomplikowane, związało go na dekady z Davidem Bowiem. Ich współpraca nie była ciągła, przerywana okresami, w których drogi obu panów się rozchodziły, ale zawsze wracali do siebie w kluczowych momentach. Od surowego, rockowego brzmienia *The Man Who Sold the World*, przez rewolucyjną trylogię berlińską (*Low*, *„Heroes”*, *Lodger*), aż po pożegnalne, przejmujące arcydzieło, jakim był album *Blackstar*. Visconti nie był tylko realizatorem dźwięku. Był powiernikiem, współtwórcą, a czasem jedynym człowiekiem, który potrafił zrozumieć artystyczne wizje Bowiego i nadać im realny kształt.
Architekt brzmienia czy basista w cieniu kameleona?
Co ciekawe, Visconti nie zawsze stał za szybą. Na początku lat 70. był przez chwilę basistą w zespole Bowiego, The Hype. To doświadczenie dało mu unikalną perspektywę – znał scenę z obu stron. Wiedział, jak to jest stać w świetle reflektorów, nawet jeśli te główne skupione były na kimś innym. Wiedział, czym jest energia publiczności i czym jest zmęczenie po trasie. Być może dlatego jego spojrzenie na status gwiazdy jest tak przenikliwe i pozbawione iluzji. On był chłopakiem z Brooklynu, który kochał muzykę – od klasyki po rock and rolla – i trafił w sam środek brytyjskiej rewolucji kulturalnej. Nie dał się pochłonąć mitowi, bo był zbyt zajęty jego budowaniem. I kiedy w końcu sam musiał wejść w rolę gwiazdy, choćby na te 45 wywiadów, potraktował to jak kolejny, męczący obowiązek. Jak część pracy, która ma niewiele wspólnego z magią tworzenia w studiu. Bo prawdziwa magia działa się wtedy, gdy gasły światła, a z głośników płynęły pierwsze dźwięki czegoś, czego świat jeszcze nie słyszał.