Axl Rose u szczytu sławy był jak niestabilny związek chemiczny, gotów eksplodować w każdej chwili i z dowolnego powodu. Pod koniec lat 80. i na początku 90. stał się ikoną rockowego buntu – niebezpieczny, nieprzewidywalny, kapryśny i charyzmatyczny do szpiku kości. Jego światem były zamieszki na koncertach, spóźnienia liczone w godzinach, publiczne tyrady i wojny podjazdowe z całym światem, od Kurta Cobaina po Metallikę. Był ucieleśnieniem mitu o rockmanie, który żyje na krawędzi i gardzi zasadami. Frontman „najniebezpieczniejszego zespołu świata” karmił media i fanów wizerunkiem, który sam misternie rzeźbił z gniewu, traumy i nieokiełznanej scenicznej energii. Dlatego, gdy w jednym z wywiadów padły te słowa, brzmiały jak zgrzyt płyty w idealnie rozpędzonym rockandrollowym chaosie. Jak szept w środku huraganu.
Gdyby ktoś mnie zapytał, czy mogę mieć cokolwiek na świecie, czego bym pragnął? Gdybym mógł posiadać coś na własność, tak jak posiada się dzieło sztuki, myślę, że byłyby to prawa autorskie do pierwszych siedmiu albumów Eltona Johna. Nie chcę pieniędzy. Możliwość posiadania tych piosenek jest jak posiadanie obrazu kogoś, kogo się podziwia.
To nie był Axl, jakiego znał świat. To nie był ten sam człowiek, który przerywał koncerty, by rzucić się na fana z aparatem, ani ten, który z uśmiechem nosił koszulkę z napisem „Charles Manson”. W tej jednej, zaskakująco subtelnej i pełnej szacunku wypowiedzi, objawił się ktoś zupełnie inny: artysta, który za największą wartość uważał nie sławę, bunt czy miliony na koncie, ale czystą magię piosenki. A chodziło o kompozycje człowieka, który na pozór był jego artystycznym przeciwieństwem.
Co Axl Rose usłyszał w balladach Eltona Johna?
Zestawienie tych dwóch postaci wydawało się absurdalne. Z jednej strony chłopak z Lafayette w Indianie, wychowany w opresyjnej, religijnej atmosferze, który uciekł do Los Angeles, by stać się głosem brudnych, przesiąkniętych alkoholem i seksem ulic. Z drugiej – brytyjski arystokrata popu, otoczony blichtrem, piórami i cekinami, mistrz fortepianowych ballad o kosmonautach i tancerkach. Ale kto uważnie wsłuchał się w monumentalne, podwójne albumy "Use Your Illusion", mógł odnaleźć klucz do tej fascynacji. To właśnie tam, w epickich, operowych balladach takich jak „November Rain” czy „Estranged”, Axl próbował przeszczepić na grunt hard rocka rozmach i orkiestrowe ambicje, które dekadę wcześniej zdefiniowały styl Eltona Johna. Chciał być nie tylko rockowym rewolwerowcem, ale też kompozytorem wielkich, filmowych narracji. Piosenki z pierwszych siedmiu albumów Eltona to przecież mistrzowskie lekcje budowania nastroju, melodii i opowieści zamkniętych w trzech lub czterech minutach – dziedzictwo, którego Rose pragnął dla siebie nie jako trofeum, ale jako relikwię.
Wspólna scena w cieniu legendy
Ta nieoczywista więź artystyczna doczekała się symbolicznego momentu w kwietniu 1992 roku na stadionie Wembley. Podczas koncertu poświęconego pamięci Freddiego Mercury’ego, innej ikony fortepianowego rocka, Axl Rose stanął na scenie ramię w ramię z Eltonem Johnem. Razem wykonali „Bohemian Rhapsody”, a ich głosy, tak różne i pochodzące z tak odległych światów, połączyły się w hołdzie dla wspólnego mistrza. To był obrazek, który mówił więcej niż tysiąc wywiadów. Axl, w skórzanej kurtce i chuście na głowie, i Sir Elton, w nienagannym fioletowym garniturze, przy jednym fortepianie. Dwa bieguny rocka spotkały się na chwilę, by udowodnić, że w muzyce podziały na gatunki i wizerunki tracą znaczenie, gdy w grę wchodzi prawdziwy geniusz kompozycji. Ten krótki, ale historyczny występ, był publicznym potwierdzeniem szacunku, który Rose wcześniej wyraził w słowach.
Dlaczego Axl Rose tak bardzo potrzebował tych siedmiu płyt Eltona Johna?
Z perspektywy czasu jego pragnienie posiadania tamtych piosenek nabiera jeszcze głębszego, niemal gorzkiego wymiaru. Pierwsze siedem albumów Eltona Johna to zapis niemal idealnej, nieprzerwanej erupcji kreatywności. Płyta za płytą, hit za hitem, bez potknięć i długich przerw. To symbol artystycznej spójności i dyscypliny, której w karierze Guns N’ Roses tak dramatycznie zabrakło. Po gigantycznym sukcesie "Use Your Illusion" zespół zaczął się rozpadać w atmosferze kłótni i wzajemnych oskarżeń. Axl zamknął się w swojej posiadłości w Malibu, stając się, jak go nazywano, „Howardem Hughesem rocka”. Prace nad kolejną płytą, legendarną "Chinese Democracy", ciągnęły się przez ponad dekadę, stając się symbolem twórczej niemocy i przerostu ambicji.
W tym kontekście marzenie o posiadaniu idealnej dyskografii Eltona Johna brzmi jak tęsknota za artystycznym rajem utraconym. Za światem, w którym piosenki po prostu powstawały, płynęły swobodnie, jedna po drugiej, tworząc nienaruszalny monolit. Być może w tym jednym, szczerym wyznaniu Axl Rose zdradził swoją największą tajemnicę. Pod maską rockowego potwora zawsze ukrywał się muzyk, który ponad wszystko kochał dobrze napisaną piosenkę. I w głębi duszy zazdrościł tym, którym przychodziło to z taką lekkością.