Był taki moment w historii rocka, kiedy gitara przestała być tylko narzędziem do tworzenia piosenek, a stała się niemal autonomicznym bytem. Scenę przejęli bogowie prędkości i techniki, wirtuozi o palcach tak szybkich, że ludzkie oko ledwo za nimi nadążało. To oni dyktowali warunki, wyznaczali nowe granice i toczyli pojedynki na solówki, które przypominały bardziej sportowe zawody niż rock’n’rollową rebelię.
W tym świecie skomplikowanych skal, arpeggiów i tappingu, gdzie liczyła się precyzja co do milisekundy, głos z przeszłości zabrzmiał jak zgrzyt zacinającej się płyty. Głos faceta, który wychował się w brudnym, przemysłowym Birmingham, a jego muzyczna edukacja zaczęła się od The Beatles. Ten głos należał do Ozzy’ego Osbourne’a i niósł ze sobą prosty, ale rewolucyjny komunikat dla każdego gitarzysty, który stawał na jego drodze.
Nie chcę, żebyś grał mi riff, który zaimponuje Joe Satrianiemu; daj mi taki riff, który sprawi, że jakiś dzieciak będzie chciał wybiec z domu, kupić gitarę i nauczyć się grać.
To zdanie było manifestem, kwintesencją rock’n’rolla w jego najczystszej, najbardziej pierwotnej formie. Było zderzeniem dwóch światów: elitarnej wirtuozerii z egalitarną siłą prostego, chwytliwego riffu, który potrafi zmienić życie.
Gitarowy bóg na Olimpie, rockman w fabrycznym pyle
Joe Satriani, wywołany przez Ozzy’ego do tablicy, nie był postacią przypadkową. To symbol, niemal archetyp gitarowego herosa ery shreddingu. Muzyk kompletny, kompozytor, którego instrumentalne utwory były misternymi konstrukcjami, pełnymi harmonicznej wiedzy i technicznej perfekcji. Jego muzyka była jak podróż w kosmos – fascynująca, precyzyjna, ale dla wielu odbywająca się gdzieś daleko, w innej galaktyce. Satriani tworzył dla tych, którzy już byli w grze: dla innych muzyków, koneserów, fanów śledzących z zapartym tchem każdy ruch palca na gryfie. To był rockowy odpowiednik olimpiady – podziwiało się go za mistrzostwo, ale mało kto czuł, że mógłby stanąć na starcie.
Ozzy stał na drugim biegunie tego wszechświata. Chłopak z Aston, który porzucił szkołę w wieku 15 lat, pracował w rzeźni i spędził kilka tygodni w areszcie za drobne włamanie, nie miał czasu na muzyczne subtelności. Dla niego rock był ucieczką, krzykiem, energią skumulowaną w kilku potężnych akordach. Jego pierwszym objawieniem nie była skomplikowana kompozycja, lecz proste i radosne „She Loves You” The Beatles. Ten utwór pokazał mu, że siła muzyki nie leży w jej złożoności, ale w bezpośrednim, emocjonalnym uderzeniu. Tę filozofię zabrał ze sobą do Black Sabbath, zespołu zbudowanego na fundamencie, który wstrząsnął posadami świata – na riffach Tony’ego Iommiego. Były mroczne, ciężkie i hipnotycznie proste. Każdy dzieciak z gitarą mógł spróbować zagrać „Paranoid” albo „Iron Man” po kilku tygodniach nauki. I właśnie o to chodziło.
Czego tak naprawdę Ozzy Osbourne chciał od swoich gitarzystów?
Gdy w 1979 roku opuścił Black Sabbath, pogrążony w chaosie i uzależnieniach, świat mógł o nim zapomnieć. Ale Ozzy miał instynkt. Wiedział, że jego wokal potrzebuje odpowiedniej ramy – gitarzysty, który zrozumie jego filozofię. Znalazł go w postaci młodego, genialnego Randy’ego Rhoadsa.
Rhoads był wirtuozem, który mógłby zawstydzić niejednego shreddera. Miał klasyczne wykształcenie i technikę, która pozwalała mu grać wszystko. A jednak, pod okiem Osbourne’a, tworzył riffy będące esencją rockowej przebojowości. „Crazy Train” to majstersztyk prostoty i mocy. „Mr. Crowley” ma w sobie epicką dramaturgię, ale jego trzon jest wciąż nośny i zapamiętywalny. Rhoads potrafił zaimponować Satrianiemu, ale wybrał tworzenie muzyki, która porywała dzieciaki.
Po tragicznej śmierci Rhoadsa, każdy kolejny gitarzysta w zespole Ozzy’ego musiał przejść ten sam test. Jake E. Lee, a później Zakk Wylde, byli technicznymi potworami. Wylde, ze swoją posturą wikinga i brutalną siłą w palcach, potrafił grać z prędkością światła. Ale jego najważniejszym wkładem w dziedzictwo Osbourne’a były potężne, ociężałe, bluesowe riffy, które targały trzewia. Ozzy nie szukał techników. Szukał partnerów do wywoływania rewolucji, a do tego nie potrzeba było doktoratu z teorii muzyki, tylko serca, które bije w rytmie czterech czwartych.
Riff, który otwiera drzwi, a nie zamyka je na klucz
Wypowiedź Ozzy’ego obnażyła fundamentalną prawdę o rocku. Muzyka technicznie doskonała budzi podziw, ale to muzyka oparta na prostym, szczerym przekazie tworzy społeczność i inspiruje do działania. Skomplikowane solówki mogą być barierą, demonstracją umiejętności, której zwykły śmiertelnik nigdy nie przeskoczy. Natomiast potężny, chwytliwy riff to zaproszenie. Mówi: „hej, ty też tak możesz! Weź gitarę i dołącz do nas!”. To dlatego dziedzictwo Ozzy’ego Osbourne’a i zespołów, które myślały podobnie, jest wciąż żywe. Bo gdzieś tam, w jakimś garażu, jakiś nastolatek właśnie odkrył, że trzy akordy grane z odpowiednią furią potrafią zagłuszyć cały świat. Nie myśli o tym, czy zaimponuje Joe Satrianiemu. Myśli tylko o tym, żeby poczuć tę samą moc, która kiedyś porwała chłopaka z Birmingham. I właśnie kupił swoją pierwszą gitarę.
Polecany artykuł: