Wielkie ambicje i narastający stres. Dlaczego Tom Petty był bliski załamania?
W 1984 roku Tom Petty i jego zespół The Heartbreakers pracowali nad szóstym albumem studyjnym pod tytułem "Southern Accents". Lider formacji miał bardzo ambitny plan stworzenia koncepcyjnego wydawnictwa o amerykańskim Południu, ale proces twórczy nie szedł po jego myśli. Presja na odniesienie sukcesu była ogromna, a sesje nagraniowe ciągnęły się miesiącami, co wywoływało frustrację u wszystkich muzyków. Dodatkowym problemem była zmiana brzmienia – Petty zaczął eksperymentować z syntezatorami i automatami perkusyjnymi, co nie podobało się pozostałym członkom kapeli.
Sam artysta był w tamtym okresie skrajnie wyczerpany. Pracował po kilkanaście godzin na dobę, często zarywając noce, a brak odpoczynku próbował maskować alkoholem i używkami. Takie tempo życia sprawiło, że jego cierpliwość była na wyczerpaniu. Atmosfera w studiu w Encino w Kalifornii stała się gęsta od kłótni, a muzyk czuł, że traci kontrolę nad swoim najważniejszym projektem.
Jeden cios w ścianę, który zmienił wszystko. Dramat podczas nagrywania "Rebels"
Punktem zapalnym okazała się praca nad utworem "Rebels". Dla Petty’ego była to kluczowa piosenka na płycie, ale zespół od wielu dni nie potrafił uchwycić odpowiedniego rytmu. Muzyk obsesyjnie skupiał się na każdym uderzeniu perkusji i brzmieniu werbla, próbując zmusić kolegów do zagrania dokładnie tego, co słyszał w swojej głowie. Pod koniec października 1984 roku, po kolejnej nieudanej sesji, artysta po prostu pękł. Wychodząc z reżyserki na klatkę schodową, wpadł w niewytłumaczalny szał i z całej siły uderzył lewą pięścią w solidną, dźwiękoszczelną ścianę studia.
Po prostu pękłem. Byłem tak wkurzony, że nie potrafimy tego zagrać, że uderzyłem w ścianę. Zapomniałem, że ściana z reguły wygrywa – przyznał Tom Petty w jednym z wywiadów udzielonych mediom
Operacja, metalowe śruby i miażdżąca diagnoza
Skutki tego jednego uderzenia były opłakane. Petty natychmiast trafił do szpitala, gdzie okazało się, że doszczętnie zmiażdżył kości lewej dłoni. Dla gitarzysty to najgorszy możliwy scenariusz, ponieważ to właśnie lewa ręka służy do układania akordów na gryfie. Chirurdzy musieli przeprowadzić skomplikowaną operację, podczas której wstawili w dłoń muzyka szereg metalowych śrub i drutów, aby w ogóle utrzymać strukturę kości w całości. Diagnoza, którą usłyszał po przebudzeniu, była druzgocąca: lekarz stwierdził, że uszkodzenia są tak rozległe, iż muzyk najprawdopodobniej już nigdy nie będzie mógł profesjonalnie grać na gitarze.
Rehabilitacja trwała ponad 9 miesięcy i była dla artysty prawdziwą agonią. Przez długi czas dłoń była całkowicie unieruchomiona, a kiedy w końcu pozwolono mu spróbować gry, ból był nie do zniesienia. Petty wspominał, że widok jego dłoni po zdjęciu gipsu był przerażający. Ręka była spuchnięta, czarna od sińców i zdeformowana przez wystające druty. Muzyk porównał ją wtedy do „pi*****nej łapy niedźwiedzia”, bo w niczym nie przypominała ludzkiej kończyny. Mimo to nie poddał się i z pomocą kolegi z zespołu, Mike'a Campbella, zaczął uczyć się wszystkiego od nowa, płacząc z bólu przy każdym dociśnięciu struny do gryfu.
Bolesna lekcja pokory i gorzka ironia losu
Ostatecznie Tom Petty odzyskał sprawność i wrócił na scenę, choć lewa dłoń już nigdy nie była tak sprawna jak wcześniej. Do końca życia artysta zmagał się z bólami reumatycznymi, które nasilały się podczas koncertów w chłodniejszych miejscach. Całe zdarzenie miało też wyjątkowo ironiczny finał związany z piosenką "Rebels". Kiedy zespół po miesiącach wrócił do pracy nad utworem, Petty zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem będzie użycie wczesnego dema z automatem perkusyjnym, które odrzucił przed wypadkiem. Okazało się, że prawie zniszczył swoją karierę z powodu nagrania, które ostatecznie i tak nie wymagało aż takiego poświęcenia.