Zimny, podzielony murem Berlin wczesnych lat 80. był idealną scenografią dla zespołu, który uciekł z Australii przez Londyn, szukając czegoś więcej niż tylko sceny. Chcieli konfrontacji. The Birthday Party, z młodym Nickiem Cave’em na czele, dawali publiczności dokładnie to, czego się po nich spodziewano – i znacznie więcej. Ich koncerty były aktami artystycznej przemocy, chaotycznymi rytuałami, podczas których wokalista miotał się po scenie jak opętany kaznodzieja, a z instrumentów płynął zgrzytliwy, surowy hałas. To nie była muzyka, to był egzorcyzm. Wiele lat później, w zupełnie innej epoce, ten sam Nick Cave, już jako ikona i weteran, miał podsumować tamten archetyp artysty słowami, które brzmiały jak gorzkie epitafium dla całej formacji.
Gwiazdor rocka umiera. I jest to mała tragedia. Gwiazdorzy rocka mają teraz blogi. Nie mam pożytku z takiego gwiazdora rocka.
Ta wypowiedź, rzucona z charakterystyczną dla niego mieszanką ironii i melancholii, nie była tylko narzekaniem na cyfrowe czasy. Była westchnieniem za utraconą aurą, za mitem, który sam przez lata budował. Mitem artysty niebezpiecznego, niedostępnego, komunikującego się ze światem wyłącznie przez swoją sztukę – mroczną, przesiąkniętą starotestamentowymi obrazami grzechu, potępienia i pokręconej miłości. Gwiazdor rocka, o którym mówił, nie odpowiadał na pytania fanów. On sam był jednym wielkim, niepokojącym pytaniem.
Co się stało z najbrutalniejszym zespołem świata?
The Birthday Party zdobyli w Europie reputację najbardziej brutalnego zespołu na świecie. I nie była to marketingowa łatka. Na scenie Cave był zjawiskiem – chudy, blady, z czarną czupryną, wykrzykiwał swoje opowieści o grzechu i odkupieniu z furią, która wydawała się autentyczna. Wspierany przez jazgotliwą gitarę Rowlanda S. Howarda i dudniącą sekcję rytmiczną, tworzył spektakl na granicy fizycznego i psychicznego wyczerpania. Publiczność nie przychodziła ich posłuchać, przychodziła ich doświadczyć, poczuć na własnej skórze energię zespołu, który nienawidził status quo londyńskiej sceny i wolał spłonąć w Berlinie, niż stać się kolejnym modnym zespołem z notowaniem na liście Johna Peela. Ich słynny „Release the Bats” był świadomą parodią gotyckiego rocka, a stał się jednym z hymnów gatunku, co tylko pokazuje, jak bardzo ich autentyzm wymykał się prostym klasyfikacjom. Ale taka intensywność musiała mieć swoją cenę. Zespół wypalił się i rozpadł w 1983 roku, zostawiając po sobie legendę, której nikt nie odważył się kontynuować.
Czy Nick Cave sam zabił gwiazdora rocka?
Kiedy The Birthday Party umarło, narodził się Nick Cave and the Bad Seeds. Przemoc ustąpiła miejsca narracji, a soniczny atak – mrocznym balladom. Cave wciąż eksplorował swoje obsesje: religię, śmierć, przemoc i miłość, ale robił to z rosnącą dojrzałością. Zamiast wrzeszczeć, zaczął opowiadać historie, budując mityczne światy inspirowane amerykańskim Południem. Stał się bardem, kronikarzem ludzkiej niedoli, a jego głos nabrał głębi i autorytetu. I przez dekady ten model działał. Cave pozostawał artystą osobnym, otoczonym nimbem tajemnicy, nawet gdy nagrywał duety z Kylie Minogue czy Johnnym Cashem. A potem, w 2018 roku, ten sam kaznodzieja rockowego mroku... założył bloga. A właściwie newsletter o nazwie The Red Hand Files, w którym zaczął wchodzić w bezpośredni, intymny dialog ze swoimi fanami. Człowiek, który gardził gwiazdorami z blogami, sam stał się jednym z nich. Czy to była hipokryzja? A może coś znacznie głębszego?
Kiedy kończy się mit, a zaczyna człowiek?
Klucz do zrozumienia tej transformacji leży w tragedii. W 2015 roku Nick Cave stracił nastoletniego syna, Arthura. To wydarzenie wstrząsnęło jego życiem i sztuką, rozbijając w pył sceniczną personę. Stworzony przez lata wizerunek mrocznego proroka okazał się bezużyteczny w obliczu realnego, niewyobrażalnego bólu. Albumy nagrane po tej stracie, zwłaszcza poruszający Ghosteen, a także dokument One More Time with Feeling, pokazały artystę obnażonego, kruchego, szukającego języka do opisania straty. The Red Hand Files stało się naturalnym przedłużeniem tego procesu. To przestrzeń, w której brutalna szczerość, której nie dało się już wykrzyczeć na scenie, znalazła swoje ujście w cichej, pisemnej rozmowie. Performans konfrontacji ustąpił miejsca rozmowie o stracie, wierze i nadziei. Cave, odpowiadając na pytania o żałobę, proces twórczy czy sens istnienia, nie zabił gwiazdora rocka. On pokazał, że mit, choć piękny i porywający, czasem musi umrzeć, by mógł przetrwać człowiek. A to już nie jest mała tragedia. To ciche, bolesne zwycięstwo.