Kim naprawdę był "pułkownik" Tom Parker? Andreas Cornelis van Kuijk i jego wielkie kłamstwo
Przez lata świat wierzył, że pułkownik Tom Parker to rzutki biznesmen z amerykańskiego Południa, który dzięki swojemu sprytowi stworzył największą ikonę popkultury. Prawda była jednak zupełnie inna, ponieważ człowiek ten naprawdę nazywał się Andreas Cornelis van Kuijk i urodził się 26 czerwca 1909 roku w holenderskiej Bredzie. Do Stanów Zjednoczonych przedostał się nielegalnie w 1929 roku, skacząc ze statku w jednym z amerykańskich portów. Nigdy nie przeszedł procesu naturalizacji, nie posiadał obywatelstwa ani amerykańskiego paszportu, co w późniejszych latach stało się jego największym przekleństwem i powodem panicznego strachu.
Samo imię i nazwisko Parker ukradł oficerowi, który przesłuchiwał go, gdy ten próbował zaciągnąć się do wojska. Nawet jego słynny stopień wojskowy był mistyfikacją, ponieważ tytuł pułkownika miał charakter czysto honorowy i został mu nadany w 1948 roku przez gubernatora Luizjany w ramach podziękowania za pomoc w kampanii wyborczej. Menedżer Elvisa przez całe życie posługiwał się twardym akcentem, który tłumaczył dziennikarzom wychowaniem w środowisku wędrownych cyrkowców. W rzeczywistości był to jednak nalot z języka niderlandzkiego, a współpracownicy wspominali, że w chwilach wściekłości Parkerowi zdarzało się wykrzykiwać holenderskie wulgaryzmy.
Morderstwo w Bredzie i ucieczka do Ameryki. Czy menedżer Elvisa ukrywał krwawą tajemnicę?
Nagły wyjazd van Kuijka z Holandii w 1929 roku do dziś budzi ogromne kontrowersje wśród biografów. Dokładnie w dniu, w którym młody Andreas opuścił rodzinne miasto, w Bredzie doszło do brutalnego morderstwa 23-letniej Anny van den Enden, która została zatłuczona na śmierć w sklepie warzywnym. Przyszły menedżer Elvisa zniknął bez pożegnania z rodziną, nie zabrał ze sobą żadnych ubrań i na wiele lat zerwał wszelkie kontakty z bliskimi. Choć holenderska policja nigdy formalnie nie postawiła mu zarzutów, poszlaki wskazują, że ucieczka za ocean mogła być próbą uniknięcia stryczka.
To właśnie ten incydent miał być powodem, dla którego Parker za wszelką cenę unikał wyrabiania paszportu. Parker bał się, że wyjazd z Elvisem za granicę skończy się niewpuszczeniem go z powrotem do USA, deportacją do Holandii, a tam wznowieniem śledztwa w sprawie morderstwa – twierdzi Alanna Nash w biografii menedżera
Lęk przed demaskacją sprawił, że Parker stał się więźniem własnego kłamstwa. Wypełnienie jakiegokolwiek wniosku o paszport zmusiłoby go do podania prawdziwego miejsca urodzenia, co natychmiast ujawniłoby jego status nielegalnego imigranta. Z tego powodu każda propozycja zagranicznego koncertu Elvisa była przez niego natychmiast odrzucana, mimo że fanom i samemu artyście wmawiał, że powody są czysto biznesowe lub dotyczą kwestii bezpieczeństwa.
Dlaczego Elvis Presley nigdy nie zagrał w Europie? Pułkownik skutecznie sabotował zagraniczne trasy
Elvis Presley desperacko chciał zobaczyć świat i wystąpić przed swoimi fanami w Europie, Japonii czy Australii, jednak Parker robił wszystko, by do tego nie dopuścić. Gdy w 1962 roku piosenkarz otrzymał zaproszenie do występu przed samą brytyjską królową, menedżer zażądał tak absurdalnie wysokiej gaży, że było to odebrane jako złamanie protokołu dyplomatycznego. Innym razem twierdził, że europejskie hale są za małe lub standardy ochrony nie dają gwarancji przeżycia gwiazdy. Kiedy promotorzy z innych krajów zgadzali się na każdą cenę, Parker podbijał stawkę do miliona dolarów za jeden wieczór, co w latach 70. XX wieku było kwotą zaporową i niemożliwą do zebrania.
Jedynym wyjątkiem w całej karierze Elvisa były koncerty w Kanadzie w 1957 roku. Stało się to możliwe tylko dlatego, że w tamtym czasie Amerykanie nie potrzebowali paszportów, aby przekroczyć tę granicę. Nawet wtedy Parker czuł się tak niepewnie, że nie opuścił terytorium USA i nadzorował wszystko z pokoju hotelowego po amerykańskiej stronie. Przez lata sabotował każdą szansę na międzynarodowy sukces koncertowy, a słynny występ "Aloha from Hawaii" z 1973 roku, transmitowany przez satelitę, był jedynie sprytnym sposobem na to, by świat mógł zobaczyć Elvisa, skoro Elvis nie mógł pojechać do świata.
Złota klatka w Las Vegas. Jak hazardowe długi Parkera wykończyły króla rock and rolla
Zamiast światowych tras, które pozwoliłyby Elvisowi odpocząć i nabrać nowej energii, Parker uwięził go w Las Vegas. Menedżer był chorobliwym hazardzistą i potrafił przegrać w kasynach fortunę, szacowaną na miliony dolarów. Aby spłacać swoje gigantyczne długi w hotelu Hilton, Parker podpisywał w imieniu Elvisa mordercze kontrakty na wieloletnie rezydentury. Gwiazdor musiał grać po dwa koncerty dziennie przez wiele tygodni, co doprowadziło go do skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Co gorsza, Parker wynegocjował dla siebie aż 50 procent wszystkich zysków artysty, co było stawką niespotykaną w branży muzycznej, gdzie standardem jest 10 lub 15 procent prowizji.
Wycieńczony Elvis ratował się lekami, by podołać narzuconemu tempu pracy, podczas gdy Parker czerpał zyski nawet z jego przeciwników, sprzedając przypinki z napisem "I Hate Elvis". Cała prawda o machinacjach finansowych i nielegalnym statusie menedżera wyszła na jaw dopiero kilka lat po śmierci muzyka, kiedy sądowe dochodzenie wykazało, że Parker działał na szkodę swojego klienta. Król Rock and Rolla zmarł w wieku 42 lat, nigdy nie dowiadując się, że człowiek, któremu ufał najbardziej, zniszczył jego marzenia o światowej karierze, by chronić własną skórę i spłacać długi przy ruletce.