Początek lat 80. to dla Queen czas gigantów. Era, w której rockowe koncerty przestały być klubowymi spotkaniami, a stały się plemiennymi obrzędami na stadionach dla dziesiątek tysięcy ludzi. Na czele tego pochodu stał on – showman totalny, wokalista o czterooktawowej skali, sceniczne zwierzę, które potrafiło zahipnotyzować ostatni rząd na Wembley. Właśnie wtedy, w samym środku tego szaleństwa, gdy mit rósł z każdym platynowym krążkiem, Freddie Mercury, zapytany o swoje umiejętności, rzucił z rozbrajającą szczerością zdanie, które mówiło o nim więcej niż niejeden pean.
„Około dziesięć lat temu znałem trzy akordy na gitarze. Teraz, w 1982 roku, znam trzy akordy na gitarze”.
To nie była fałszywa skromność. To był manifest. Błyskotliwy dowód na to, że w tej perfekcyjnie naoliwionej rockowej maszynie każdy znał swoje miejsce.
Kto w Queen właściwie rządził gitarą?
W uniwersum Queen królestwo sześciu strun należało niepodzielnie do kogoś innego. Brian May był nie tylko gitarzystą – był architektem brzmienia, czarodziejem, który ze swojego domowej roboty Red Special potrafił wyczarować całe orkiestry. Jego wielośladowe, harmonijne solówki stały się znakiem rozpoznawczym zespołu równie mocno, co wokal Freddiego. Mercury, choć skomponował na gitarze jeden ze swoich największych przebojów, „Crazy Little Thing Called Love”, doskonale wiedział, że jego żywiołem jest co innego. Działka była dawno podzielona. Freddie siadał do fortepianu, by napisać misterne, niemal operowe perełki w stylu „Bohemian Rhapsody” czy gospelowe „Somebody to Love”. Brian chwytał za gitarę, by nadać im rockowy ciężar i kosmiczną przestrzeń.
Ta autoironiczna wypowiedź była więc cichym ukłonem w stronę kolegi z zespołu. Była też świadectwem niezwykłej dojrzałości artystycznej i braku kompleksów. W świecie rocka, pełnym przerośniętych ego i instrumentalnych pojedynków, frontman jednego z największych zespołów na świecie bez mrugnięcia okiem przyznawał, że w kwestii najważniejszego rockowego instrumentu jest kompletnym laikiem. Nie musiał niczego udowadniać. Zamiast silić się na gitarowe popisy, wolał skupić się na tym, w czym nikt nie mógł mu dorównać.
Czy Freddie Mercury potrzebował w ogóle instrumentu?
Bo tak naprawdę jego głównym instrumentem nie był ani fortepian, ani tym bardziej gitara. Jego instrumentem był on sam, jego głos, ciało i charyzma. Mercury na scenie stawał się czystą energią. Słynny, urwany w połowie statyw mikrofonowy, który stał się jego rekwizytem po jednym z przypadkowych złamań na początku kariery, w jego dłoniach zmieniał się w berło. On nie grał dla publiczności – on ją uwodził, prowokował, wciągał do wspólnej zabawy, dyrygował nią jak chórem podczas legendarnego występu na Live Aid. Każdy jego ruch był przemyślany, każdy gest miał znaczenie. Był, jak sam mawiał, „Cecil B. DeMille’em rock and rolla”, reżyserem wielkich widowisk, w których to on grał główną rolę.
W tym kontekście jego trzy akordy przestają być żartem, a stają się deklaracją. To sygnał, że w rocku nie zawsze chodzi o techniczną wirtuozerię. Czasem chodzi o pomysł, o emocje, o prawdę sceniczną. Freddie nie musiał być gitarowym herosem, bo był bogiem sceny. Miał u boku człowieka, który potrafił sprawić, by gitara śpiewała, więc sam mógł skupić się na tym, by śpiewał cały stadion.
Bóg sceny, który schodził na ziemię
Ten jeden drobny cytat to także klucz do zrozumienia fenomenu Mercury’ego. Człowieka pełnego sprzeczności: perskiego chłopca z Zanzibaru, który stał się ikoną brytyjskiej kultury; nieśmiałego studenta grafiki, który na scenie przeistaczał się w wulkan energii; artysty tworzącego skomplikowane suity rockowe, który sam przyznawał, że ledwo czyta nuty. Jego siłą była ta dwoistość. Potrafił nosić koronę i królewski płaszcz, a jednocześnie mrugnąć okiem do publiczności, pokazując, że pod całym tym blichtrem kryje się człowiek z krwi i kości, z poczuciem humoru i dystansem do siebie.
I właśnie dlatego ten żart o trzech akordach jest tak ważny. To mały kamyczek w wielkiej mozaice legendy. Przypomina, że za scenicznym półbogiem, którego głos wstrząsał stadionami, stał bystry i autoironiczny facet, który doskonale znał swoją wartość, ale nie bał się przyznać do swoich ograniczeń. A bóg, który potrafi śmiać się z samego siebie, staje się po prostu nieśmiertelny.