Jimi Hendrix i The Monkees na wspólnej trasie. Kulisy jednego z największych nieporozumień w historii rocka

W 1967 roku doszło do wyjątkowo dziwnego połączenia, gdy wirtuoz gitary Jimi Hendrix dołączył jako support do trasy koncertowej popowej grupy The Monkees. Choć sami muzycy darzyli się szacunkiem, nastoletnie fanki telewizyjnych idoli nie były przygotowane na psychodeliczne brzmienia i erotyczne popisy artysty. Ta próba podbicia amerykańskiego rynku zakończyła się pokazaniem środkowego palca i szybką rezygnacją z dalszych występów.

Zespół Jimi Hendrix Experience na scenie. W tle duży portret artysty. O trasie z The Monkees przeczytasz na EskaRock.
Autor: VARA/ CC BY-SA 3.0
Klub 27 - klątwa, która wisi nad młodymi i sławnymi? /Eska ROCK

Pomysł Micky’ego Dolenza na wspólną trasę Jimiego Hendrixa z The Monkees

Jimi Hendrix w połowie 1967 roku był już wielką gwiazdą w Wielkiej Brytanii, a po legendarnym występie na festiwalu w Monterey zaczął zdobywać uznanie w USA. Mimo to wciąż potrzebował dotrzeć do masowego słuchacza w Stanach Zjednoczonych. Jego menedżer, Mike Jeffery, obsesyjnie szukał sposobu na promocję i uznał, że trasa z The Monkees, czyli najpopularniejszą wówczas grupą w Ameryce, będzie strzałem w dziesiątkę. Zespół ten powstał na potrzeby serialu telewizyjnego i cieszył się statusem idoli nastolatek, porównywalnym do popularności The Beatles.

Co ciekawe, inicjatywa wyszła od samych członków The Monkees. Micky Dolenz i Peter Tork byli wielkimi fanami Hendrixa i widzieli jego koncerty w Londynie oraz Monterey. Grupa miała dość łatki „plastikowego zespołu z telewizji” i liczyła na to, że obecność tak wybitnego muzyka na ich trasie doda im wiarygodności w środowisku rockowym. Mike Jeffery szybko przystał na tę propozycję, widząc w tym darmową reklamę dla swojego podopiecznego przed ogromną publicznością.

Mur dźwięku kontra nastoletnie fanki Davy’ego Jonesa

Wspólna trasa ruszyła 8 lipca 1967 roku w Jacksonville na Florydzie i od pierwszych minut stało się jasne, że to wizerunkowa katastrofa. Na widowni zasiadały głównie dziewczynki w wieku od 8 do 14 lat, które przyszły zobaczyć swojego ulubieńca, Davy’ego Jonesa. Zamiast grzecznych, popowych piosenek, usłyszały potężną ścianę dźwięku z głośników Marshalla i zobaczyły artystę, który symulował stosunek seksualny ze wzmacniaczem lub grał na gitarze zębami. Matki obecne na koncercie zatykały córkom uszy, a zdezorientowane nastolatki reagowały na psychodeliczne utwory, takie jak "Purple Haze", całkowitą obojętnością lub przerażeniem.

To było straszne upokorzenie. Musieliśmy przemykać z tyłu sceny, słysząc, jak dzieci mdleją na widok popowych gwiazd, podczas gdy w naszą stronę rzucano popcornem i resztkami jedzenia – wspominał basista Noel Redding w swojej biografii

Reakcja tłumu była bezlitosna. Pomiędzy utworami Hendrixa, a często nawet w ich trakcie, z widowni niosło się skandowanie: „Chcemy Davy’ego!”. Dziewczynki nie były zainteresowane muzycznym kunsztem i głośną gitarą Jimiego, chciały po prostu zobaczyć swoich idoli z ekranu telewizora.

Skandal na stadionie Forest Hills i rezygnacja Jimiego Hendrixa

16 lipca 1967 roku na Forest Hills Tennis Stadium w Queens doszło do ostatecznego zerwania współpracy. Podczas występu publiczność wyjątkowo głośno wykrzykiwała imiona członków The Monkees, całkowicie ignorując starania Hendrixa na scenie. Jimi, który traktował swoją twórczość bardzo poważnie, nie wytrzymał tego braku szacunku. W pewnym momencie przerwał grę, z obrzydzeniem rzucił gitarę na podłogę, pokazał skandującej publiczności środkowy palec i bez słowa zszedł za kulisy. Był to jego siódmy i ostatni występ na tej trasie, a jego miejsce w charakterze supportu zajął później zespół Vanilla Fudge.

Bajka o Córkach Rewolucji Amerykańskiej i PR-owe kłamstwo menedżerów

Żeby ratować wizerunek Hendrixa i uniknąć oskarżeń o zerwanie kontraktu, jego menedżerowie wymyślili historię o proteście konserwatywnej organizacji Daughters of the American Revolution (DAR). Gazety pisały, że purytańskie stowarzyszenie wymusiło usunięcie artysty z trasy, ponieważ jego zachowanie na scenie deprawowało amerykańską młodzież. W rzeczywistości to Chas Chandler i publicystka Jane Deacy sfabrykowali ten powód, by Jimi mógł odejść z godnością jako rockowy buntownik, a nie artysta, którego przegoniły małe dziewczynki. Po latach organizacja DAR wydała oficjalne oświadczenie, że w 1967 roku nikt z jej członkiń nawet nie wiedział, kim jest Jimi Hendrix.

Przyjaźń za kulisami mimo scenicznego chaosu

Mimo fatalnego odbioru koncertów przez publikę, sami muzycy obu kapel bardzo się polubili. Jimi Hendrix nie miał pretensji do kolegów z The Monkees, bo rozumiał, że winna jest wyłącznie źle dobrana grupa docelowa. Micky Dolenz wspominał w wywiadach, że spędzali ze sobą mnóstwo czasu w hotelach, gdzie Jimi ćwiczył na gitarze bez wzmacniacza, a Dolenz akompaniował mu na instrumencie akustycznym. Ta historia pokazuje, że nawet najbardziej absurdalne decyzje biznesowe nie muszą niszczyć prywatnych relacji między artystami, o ile obie strony szanują swoją twórczość.