Klub 27: Mroczna Legenda Rocka czy Statystyczny Mit?
Klub 27 to najsłynniejsza, najbardziej ekskluzywna i zarazem najtragiczniejsza scena w historii muzyki. To panteon rockowych bogów, którzy spalili się najjaśniej, by zgasnąć w wieku zaledwie 27 lat, pozostawiając po sobie legendę podszytą klątwą i przeznaczeniem. Od gitarowego geniuszu Jimiego Hendrixa, przez buntowniczy krzyk Kurta Cobaina, po soulowy lament Amy Winehouse, zjawisko to wbiło się w kulturę masową niczym potężny riff. Jednak gdy naukowcy postanowili wziąć tę opowieść pod lupę i prześwietlić ją chłodnym okiem statystyki, rockowy czar prysł. Badanie opublikowane w prestiżowym British Medical Journal pokazało, że ryzyko śmierci muzyka w wieku 27 lat wcale nie jest wyższe niż w wieku 25 czy 32 lat. Klątwa okazała się więc nie nadprzyrodzoną siłą, a potężnym konstruktem kulturowym, który karmi się przypadkiem i naszą fascynacją tragedią.
Morderstwo, upozorowana śmierć i klątwa. Jak narodziła się legenda Klubu 27?
Początki tego fenomenu to prawdziwie czarna seria na kartach rock'n'rolla. Na przełomie lat 60. i 70. w ciągu zaledwie dwóch lat muzyczny świat pogrążył się w żałobie aż cztery razy. Kurtyna opadła najpierw dla Briana Jonesa z The Rolling Stones w lipcu 1969 roku. Chwilę później, w tragicznym crescendo, odeszli Jimi Hendrix we wrześniu 1970, Janis Joplin w październiku 1970 i Jim Morrison w lipcu 1971 roku. Prawdopodobieństwo, że cztery tak wielkie gwiazdy zgasną w tym samym wieku w tak krótkim czasie, oszacowano na zaledwie 1 do 100 000. Taki zbieg okoliczności musiał nadać tej historii aurę czegoś więcej. Co ciekawe, sam termin „Klub 27” wszedł na salony i podbił masową wyobraźnię dopiero dekady później, gdy samobójcza śmierć Kurta Cobaina w 1994 roku ostatecznie scementowała tę mroczną legendę.
Historie, które otaczają śmierć założycielskich członków klubu, do dziś stanowią paliwo rakietowe dla teorii spiskowych. W sprawie odejścia Briana Jonesa wciąż pojawiają się spekulacje o morderstwie, do którego na łożu śmierci miał się przyznać budowniczy Frank Thorogood. Z kolei pożegnanie Jima Morrisona w Paryżu spowija tak gęsta mgła tajemnicy, że najwierniejsi fani do dziś wierzą, iż wokalista The Doors po prostu upozorował własną śmierć, by uniknąć więzienia w Stanach. Te wszystkie niedopowiedzenia i znaki zapytania przez lata napędzały mit Klubu 27, czyniąc go jeszcze bardziej magnetycznym i niepokojącym.
Narkotyki, alkohol i demony. Prawdziwa cena sławy członków Klubu 27
Poza metryką, członków Klubu 27 łączył znacznie mroczniejszy wspólny mianownik, czyli bagaż osobistych demonów, potęgowany przez ogłuszającą presję sławy. Analiza ich biografii odsłania brutalny wzorzec. W żyłach aż 81% z nich płynęła trucizna uzależnienia od narkotyków, a 37% walczyło z alkoholizmem. Przeważająca większość cierpiała na problemy psychiczne, często mając już na koncie próby samobójcze lub groźne przedawkowania. To nie klątwa pociągała za spust, lecz cena, jaką płacili za swoją wrażliwość i życie na krawędzi w bezlitosnym świecie show-biznesu. Ostatnie słowa Amy Winehouse, wypowiedziane do lekarza, „Nie chcę umrzeć”, brzmią jak tragiczne echo tej nierównej walki.
Każda z tych historii to osobisty dramat, który stał się częścią większej, mitycznej narracji. Robert Johnson, legendarny bluesman z Delty Mississippi, miał rzekomo zaprzedać duszę diabłu na rozstajach dróg w zamian za wirtuozerski talent. Z kolei artysta Jean-Michel Basquiat, choć zmarł w 1988 roku, na dobre zadomowił się w panteonie Klubu 27 dopiero po 2017 roku. Stało się to, gdy jego obraz sprzedano za astronomiczną kwotę 110,5 miliona dolarów, co gwałtownie podkręciło jego pośmiertną sławę. Te opowieści, zawieszone gdzieś między faktem a mitem, dodają legendzie głębi i sprawiają, że pozostaje ona niepokojąco żywa.
Śmierć w wieku 27 lat to rock'n'rollowy wzmacniacz. Zwiększa sławę o 170%!
Choć statystyka zdziera z Klubu 27 jego nadprzyrodzoną aurę, to paradoksalnie nadaje mu zupełnie nowy, namacalny wymiar. Najnowsze badanie z 2024 roku, opublikowane w Proceedings of the National Academy of Sciences, rzuca na to zjawisko fascynujące światło. Wykazało ono, że śmierć w wieku 27 lat działa jak potężny, pośmiertny wzmacniacz, podkręcający sławę do jedenastu. Artyści z najwyższej półki, którzy odeszli w tym konkretnym roku życia, stali się aż o 170% bardziej znani, niż gdyby pożegnali się ze światem w jakimkolwiek innym wieku. Legenda Klubu 27 działa więc jak sprzężenie zwrotne prosto z rockowego piekła, bo im głośniej o niej mówimy, tym potężniejsza się staje. To mit, który jest fałszywy, ale w ostatecznym rozrachunku zapewnia swoim tragicznym bohaterom upragnioną nieśmiertelność.