Lemmy Kilmister pracował jako techniczny Jimiego Hendrixa. Tak uczył się bezkompromisowego rocka

Lemmy Kilmister zapisał się w historii jako lider najgłośniejszego zespołu świata, ale jego droga na szczyt zaczęła się od noszenia sprzętu dla kogoś innego. Przez około 8 miesięcy pracował jako techniczny u boku Jimiego Hendrixa i obserwował z bliska narodziny rockowej magii. To doświadczenie ukształtowało jego podejście do muzyki oraz sprawiło, że Motörhead stało się bezkompromisową maszyną do robienia hałasu.

Lemmy Kilmister gra na basie przed wzmacniaczami Marshall. O jego pracy dla Hendrixa przeczytasz na EskaRock.
Autor: Jessica Branstetter/ CC BY-SA 2.0
Muzyka rockowa lat 2000. - Polska. Tych płyt słuchamy do dziś

Od braku grosza do ekipy technicznej. Jak Lemmy trafił do świata Jimiego Hendrixa

Zanim świat usłyszał o Motörhead, Ian „Lemmy” Kilmister był po prostu kolejnym muzykiem szukającym swojego miejsca w Londynie. W 1967 roku przeprowadził się do stolicy po występach w lokalnych kapelach, takich jak The Rockin' Vickers. Los sprawił, że dzielił mieszkanie z Neville’em Chestersem, który był menedżerem trasy zespołu The Jimi Hendrix Experience, oraz Noelem Reddingiem, basistą Hendrixa. Lemmy nie miał wtedy grosza przy duszy, więc kiedy pojawiła się oferta pracy przy noszeniu sprzętu, nie zastanawiał się ani chwili.

Za swoją pracę otrzymywał 10 funtów tygodniowo, co w tamtych czasach pozwalało na skromne życie, ale dawało też ogromne przywileje. Kilmister miał darmowy wstęp na wszystkie koncerty, zapewnione noclegi i stały dostęp do używek, które w kręgach psychodelicznego rocka były na porządku dziennym. Ten krótki, trwający około 8 miesięcy okres na przełomie 1967 i 1968 roku, stał się dla niego najważniejszą szkołą przetrwania w branży muzycznej.

Tragarz wzmacniaczy i dostawca kwasu. Czym naprawdę zajmował się Kilmister?

Wokół pracy Lemmy'ego u Hendrixa narosło wiele mitów, zwłaszcza ten o strojeniu gitar mistrza. Prawda była jednak znacznie bardziej prozaiczna i surowa. Kilmister wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że nie miał zielonego pojęcia o technicznej stronie instrumentów i nigdy ich nie stroił. Jego głównym zadaniem była brutalna praca fizyczna polegająca na wnoszeniu i znoszeniu ze sceny potężnych kolumn Marshalla, które Hendrix uwielbiał ustawiać w wysokie ściany.

Byłem tragarzem od sprzętu, nie technicznym od gitar. Nie potrafiłem naprawić gitary. Nawet nie wiedziałem, jak prawidłowo ustawić menzurę – przyznał Lemmy w swojej autobiografii

Oprócz dźwigania ciężarów Lemmy pełnił też rolę „zaopatrzeniowca”. Dzięki swoim znajomościom w Londynie potrafił szybko zdobyć wysokiej jakości LSD, którego Jimi Hendrix chętnie używał. Kilmister stał się zaufanym człowiekiem z otoczenia gwiazdora, ponieważ był punktualny, solidny i potrafił odnaleźć się w każdej, nawet najbardziej chaotycznej sytuacji na trasie.

Lekcja hałasu i potęga wzmacniaczy. Tak narodziło się brzmienie Motörhead

To właśnie u boku Hendrixa Lemmy zrozumiał, że głośność nie jest tylko efektem ubocznym grania, ale może być potężnym środkiem wyrazu. Obserwował, jak Jimi celowo wykorzystuje sprzężenia zwrotne i ekstremalne ustawienia wzmacniaczy, by stworzyć ścianę dźwięku, która dosłownie uderzała w publiczność. To doświadczenie stało się fundamentem filozofii Motörhead, zespołu, który później został okrzyknięty najgłośniejszą grupą na świecie.

Kilmister przeniósł te obserwacje na grunt gry na basie, choć na ten instrument przesiadł się dopiero kilka lat później. Grając na swoim Rickenbackerze, używał przesteru i akordów w sposób, który przypominał technikę Hendrixa, tyle że w znacznie cięższym wydaniu. Stworzył też słynny wzmacniacz „Murder One”, który miał być tak głośny, by fizycznie obezwładniać słuchaczy, dokładnie tak, jak robiły to kolumny Marshalla podczas występów Jimiego w latach 60. XX wieku.

Dziesięć kwasów i sceniczna magia. Jak Hendrix zaimponował Lemmy'emu

Lemmy był zafascynowany tym, jak Hendrix zmieniał się po wejściu na scenę. Poza nią był cichym, uprzejmym i nieco wycofanym facetem, ale gdy tylko chwytał za gitarę, stawał się, jak to określał Kilmister, „potworem pożerającym publiczność”. Ta transformacja i absolutna pewność siebie na scenie stały się wzorem dla lidera Motörhead. Jedna z najsłynniejszych anegdot z tamtego czasu mówi o tym, jak Hendrix dał Lemmy’emu 10 porcji LSD, sugerując, by jedną zjadł, a resztę sprzedał. Kilmister, w swoim stylu, przyjął wszystkie naraz, co Jimi skwitował jedynie krótkim śmiechem.

Szacunek do mistrza i strach przed heroiną. Dziedzictwo wspólnych tras

Mimo wspólnego eksperymentowania z kwasem Lemmy nigdy nie poszedł w ślady Hendrixa, jeśli chodzi o twarde narkotyki. Śmierć Jimiego w 1970 roku oraz wcześniejsza strata dziewczyny, która przedawkowała heroinę, sprawiły, że Kilmister do końca życia szczerze nienawidził opiatów. Często podkreślał to w tekstach piosenek, ostrzegając fanów przed zgubnym nałogiem, który zabrał jednego z najwybitniejszych muzyków w historii.

Do końca swoich dni Lemmy uważał Hendrixa za absolutnego geniusza i najlepszego gitarzystę, jakiego kiedykolwiek widział świat. Podziwiał u niego rzadką umiejętność jednoczesnego grania partii rytmicznych i prowadzących bez utraty tempa nawet na sekundę. Choć ich style muzyczne były inne, to właśnie praca dla Hendrixa nauczyła Lemmy'ego, że w rock and rollu nie ma miejsca na kompromisy, a koncert musi być dla słuchacza przeżyciem totalnym.

Galeria: Lemmy Kilmister szczególnie cenił te brytyjskie albumy. To kwintesencja rocka i metalu z tego regionu