Scena rockowa przełomu lat 80. i 90. miała swoje żelazne zasady i jasno zdefiniowane role. Byli bogowie gitary, charyzmatyczni wokaliści o nieziemskim głosie i perkusiści, których solówki przypominały trzęsienie ziemi. Na scenie lał się alkohol, a spod niej leciała damska bielizna. W tym świecie blichtru, skórzanych kurtek i rockandrollowego mitu istniała jednak postać, która zdawała się grać według zupełnie innych reguł. Ktoś, kto zamiast do rockowego panteonu, pasował raczej do obsady surrealistycznego filmu braci Coen. Tym kimś był Les Claypool, a jego stosunek do sławy i fanów najlepiej podsumowują słowa, które z właściwą sobie ironią rzucił kiedyś w wywiadzie.
Komikom oferuje się żarty, gwiazdom rocka rzuca się na scenę kobiety i bieliznę, a mnie trafiają się goście, którzy chcą zabrać mnie na ryby.
To zdanie to coś więcej niż anegdota. To esencja kariery jednego z najbardziej oryginalnych i nieklasyfikowalnych muzyków w historii rocka. Człowieka, który był zbyt dziwny dla największego metalowego zespołu świata, ale wystarczająco genialny, by stworzyć własną, alternatywną rzeczywistość muzyczną.
Dlaczego James Hetfield nie chciał go w zespole?
Historia, która najlepiej definiuje miejsce Claypoola w rockowej hierarchii, wydarzyła się w 1986 roku. Po tragicznej śmierci Cliffa Burtona, Metallica szukała nowego basisty. Kirk Hammett, który przyjaźnił się z Lesem jeszcze w liceum, polecił go reszcie zespołu. Claypool, pracujący wówczas jako stolarz, stawił się na przesłuchaniu. Nie był jednak typowym, długowłosym metalowcem. Miał za sobą fascynację funkiem, uwielbiał Larry'ego Grahama i Bootsy'ego Collinsa, a jego technika gry na basie – dzikie połączenie slappingu, tappingu i przypominającego flamenco strumieniowania – była czymś z zupełnie innej galaktyki. Zamiast zagrać riffy Metalliki, miał podobno zapytać, czy nie chcieliby „pojamować przy kawałkach Isley Brothers”.
James Hetfield, jak po latach wspominał, stwierdził, że Claypool jest „zbyt dobry”, by grać w ich zespole i powinien „robić swoje”. To był jeden z najsłynniejszych komplementów-odrzuceń w historii muzyki. Sam Claypool skwitował to z właściwym sobie dystansem, mówiąc, że Hetfield był po prostu miły, a on sam był „dziwakiem”, który kompletnie nie pasował do ich świata. Nie dostał posady, która katapultowałaby go do stratosfery sławy. Zamiast tego, dostał coś znacznie cenniejszego – artystyczną wolność, której nigdy nie musiał nikomu udowadniać.
Les Claypool i basowa rewolucja, której nikt się nie spodziewał
Claypool nie czekał na zaproszenie do panteonu. Zbudował własny, a nazwał go Primus. Zespół, który założył, był tak samo nieuchwytny jak jego lider. Dziennikarze wymyślali coraz to nowe etykietki – thrash-funk, funk-metal, rock alternatywny – ale żadna nie pasowała. On sam nienawidził tych szufladek, bo Primus był po prostu Primusem: muzycznym cyrkiem, w którym bas pełnił rolę jednocześnie instrumentu rytmicznego, prowadzącego i perkusyjnego. To Claypool, ze swoją ekscentryczną osobowością i jeszcze bardziej ekscentrycznym stylem gry, był sercem i mózgiem tej operacji. Na scenie nie wyglądał jak typowy rockman. Był raczej postacią z kreskówki, szalonym wynalazcą, który zamiast maszyny do robienia popcornu skonstruował czterostrunowy generator chaosu.
Jego podejście do show-biznesu było równie niekonwencjonalne. Słynny występ na Woodstock '94, gdzie publiczność zaczęła obrzucać zespół błotem podczas utworu „My Name Is Mud”, zakończył się tym, że zirytowany Claypool przerwał granie i powiedział tłumowi, żeby „zachowali błoto dla siebie”. Typowa gwiazda rocka albo by się śmiała, albo zeszła ze sceny. Claypool wolał wejść w dyskusję. Nie chciał być częścią bezmyślnego rytuału. Chciał autentycznej relacji, nawet jeśli miała być szorstka.
Od piwnicy po winnicę: życie poza rock'n'rollowym schematem
Ta sama energia, która nie pozwoliła mu wpasować się w ramy Metalliki, pchała go w dziesiątki innych stron. Kiedy Primus robił sobie przerwy, Claypool nie znikał. Wręcz przeciwnie, eksplodował kreatywnością. Zakładał supergrupy, jak Oysterhead z legendarnym perkusistą The Police, Stewartem Copelandem, albo Colonel Claypool’s Bucket of Bernie Brains z ekscentrycznym Bucketheadem. Nagrywał z Tomem Waitsem, tworzył psychodeliczny duet z Seanem Lennonem w ramach The Claypool Lennon Delirium, pisał powieść, reżyserował prześmiewczy mockument o scenie jam-bandowej i… zajął się produkcją wina.
Tak, Les Claypool, jeden z najbardziej wpływowych basistów w historii, prowadzi winiarnię Claypool Cellars, gdzie powstają butelki o nazwach takich jak „Purple Pachyderm”. To idealne zwieńczenie jego drogi. Człowiek, który nigdy nie pasował do stereotypu gwiazdy rocka, znalazł spełnienie nie tylko w muzyce, ale też w czymś tak ziemskim i rzemieślniczym jak uprawa winorośli. Zamiast penthouse’u w Hollywood wybrał winnicę w hrabstwie Sonoma. I może właśnie dlatego fani nie rzucają w niego bielizną. Bo w tym dziwaku w meloniku, który gra na basie jak nikt inny na świecie, widzą kogoś więcej niż idola. Widzą faceta, z którym po prostu fajnie byłoby pojechać na ryby.