Jack White wskazał najlepszy rockandrollowy album wszech czasów. Chodzi o legendarny krążek z lat 70.
Jack White to absolutny tytan współczesnego rocka i człowiek, który na nudę zdecydowanie nie lubi narzekać na nudę. Podjął się on misji ocalenia surowego, garażowego brzmienia i tradycji bluesowych w dzisiejszym muzycznym świecie. I trzeba przyznać, że idzie mu to bardzo dobrze.
White wychowywał się w Detroit w stanie Michigan. Dorastał w robotniczej, tradycyjnej i bardzo pobożnej katolickiej rodzinie (jego mama miała polskie korzenie). Był najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa, w domu się nie przelewało, przez co – jak sam nie raz wspominał – ubrania czy instrumenty muzyczne "dziedziczył" po starszych braciach.
Jakiś czas temu w podcaście Questlove Supreme wspomniał o momencie, który odmienił jego życie. Właśnie wtedy postanowił jeszcze mocniej wsiąknąć w muzyczny świat. Wszystko wydarzyło się w trakcie tzw. "dumpster diving", czyli... przeszukiwania miejskich śmietników.
– Detroit w alejkach stały gigantyczne kontenery. Miasto próbowało w ten sposób walczyć z plagą szczurów, więc zlikwidowano zwykłe kubły i postawiono te wielkie pudła. Jedną z moich ulubionych rozrywek w drodze powrotnej ze szkoły było chodzenie tymi alejkami, podnoszenie klap i sprawdzanie, co jest w środku – powiedział White.
Podczas jednej z takich bocznych wypraw, nastolatek natknął się na absolutny muzyczny skarb. W jednym z kontenerów Jack White znalazł bowiem winylową wersję debiutanckiego albumu kultowej formacji The Stooges, na której czele stanął Iggy Pop, zatytułowanego po prostu The Stooges z 1969.
To naprawdę zmieniło moje życie. Dzięki temu nagrałem później na czterośladzie swoją własną wersję "I Wanna Be Your Dog". Pchnęło mnie to mocniej w stronę punk rocka – wyznał.
Później White zaczął poważnie grać na perkusji. A drugi album The Stooges, Fun House z 1970, nazwał "najlepszą rockandrollową płytą, jaka kiedykolwiek powstała". To wydawnictwo dało fundamenty pod późniejszą rewolucję punkową i grunge'ową. To na tym krążku znalazły się takie utwory, jak m.in. T.V. Eye czy Down on the Street.
– Zajeżdżałem całość na śmierć, jakby ktoś miał mi się włamać do auta i ukraść magnetofon podczas jazdy – pisał White w książeczce do wydania deluxe Fun House. – Pamiętam, jak krzyczałem w duchu: "To jest Detroit!". I tym właśnie jest dla mnie "Fun House" – samą definicją rock and rolla z Detroit, a przez to ostatecznym albumem rockowym Ameryki. Pasja, nastawienie, moc, emocje i destrukcja na tej płycie są po prostu nie do ogarnięcia.