Tragiczny finał ery dzieci-kwiatów w Altamont
Festiwal w Altamont z 6 grudnia 1969 roku miał być zachodnią odpowiedzią na Woodstock, ale przeszedł do historii jako symboliczny koniec hippisowskiej sielanki. Organizacja wydarzenia była fatalna, a bezpieczeństwa pod samą sceną pilnowali członkowie gangu motocyklowego Hells Angels, których „wynajęto” za alkohol o wartości 500 dolarów. Zamiast spokoju, na miejscu panował brutalny chaos. Motocykliści, uzbrojeni w kije bilardowe i łańcuchy, bez litości traktowali napierający tłum, co doprowadziło do ogromnego napięcia jeszcze przed wejściem gwiazdy wieczoru.
Podczas występu The Rolling Stones, w trakcie utworu "Under My Thumb", doszło do tragedii, gdy 18-letni Meredith Hunter wyciągnął rewolwer. W ułamku sekundy rzucił się na niego jeden z motocyklistów, Alan Passaro, i zadał mu kilka śmiertelnych ciosów nożem. Całe zdarzenie zarejestrowały kamery filmu dokumentalnego "Gimme Shelter", a zespół dokończył koncert w atmosferze strachu. To morderstwo sprawiło, że Mick Jagger postanowił całkowicie odciąć się od gangu, co stało się bezpośrednią przyczyną wydania na niego wyroku śmierci.
Polecany artykuł:
Dlaczego Hells Angels wydali wyrok śmierci na Jaggera?
Po tragicznym koncercie Hells Angels liczyli na lojalność ze strony The Rolling Stones, zwłaszcza że ich zdaniem tylko wykonywali swoją robotę, chroniąc muzyków przed uzbrojonym napastnikiem. Kiedy Alan Passaro trafił do aresztu z zarzutem morderstwa, gang zażądał od zespołu pokrycia kosztów jego obrony prawnej. Mick Jagger, przerażony medialną nagonką i brutalnością motocyklistów, kategorycznie odmówił finansowania prawników i publicznie zrzucił całą odpowiedzialność za zamieszki na gang. Dla motocyklistów była to niewybaczalna zdrada zasad, którą postanowili ukarać w najbardziej radykalny sposób.
Z powodu poczucia zdrady i odmowy zapłaty, zarząd Hells Angels wydał wewnętrzny wyrok śmierci na Micka Jaggera – wynika z odtajnionych po latach akt FBI
Morski desant na posiadłość Micka Jaggera w Hamptons
Plan zamachu przygotowano niezwykle starannie, biorąc pod uwagę fakt, że wakacyjna posiadłość Jaggera w Hamptons na Long Island była silnie strzeżona od frontu. Motocykliści wiedzieli, że tradycyjny wjazd na teren rezydencji z bramami i kamerami nie wchodzi w grę, dlatego postanowili uderzyć od strony oceanu, gdzie ochrona była znacznie słabsza. W 1970 roku grupa zamachowców załadowała się na niewielką łódź, planując po cichu dopłynąć do prywatnej plaży muzyka, wtargnąć do domu i dokonać egzekucji lidera Stonesów.
Sztorm, który uratował życie liderowi The Rolling Stones
Kiedy wydawało się, że los Jaggera jest już przesądzony, do akcji wkroczyła natura. Podczas rejsu w okolicach Long Island Sound rozpętał się gwałtowny sztorm, z którym mała jednostka zamachowców nie miała szans. Potężne fale wywróciły łódź do góry dnem, a wszyscy niedoszli mordercy wylądowali w lodowatej wodzie. Chociaż wszystkim członkom gangu udało się cudem uratować życie, całe wydarzenie odebrano jako fatalny znak. Hells Angels porzucili plany kolejnych ataków, uznając logistykę całego przedsięwzięcia za zbyt skomplikowaną, a może po prostu tracąc zapał po tak spektakularnej porażce z siłami przyrody.
Prawda o spisku wyszła na jaw dopiero po 40 latach
Przez niemal cztery dekady Mick Jagger nie miał pojęcia, jak blisko był śmierci z rąk zorganizowanej grupy przestępczej. Choć FBI monitorowało gang i wiedziało o planowanym zamachu, agenci prawdopodobnie nigdy nie poinformowali o tym samego muzyka, uznając, że skoro misja zakończyła się zatonięciem łodzi, zagrożenie przestało istnieć. Artysta dowiedział się o całym spisku dopiero w 2008 roku, kiedy to agent FBI Mark Young ujawnił szczegóły sprawy w dokumencie przygotowanym przez BBC. Co ciekawe, Alan Passaro, którego proces stał u podstaw całego konfliktu, został ostatecznie uniewinniony przez sąd, ponieważ ława przysięgłych uznała, że zabijając Huntera w Altamont, działał w obronie koniecznej.