Trasa z sukcesami i... problemami. Wspominamy ostatni koncert Led Zeppelin w USA
Trzeba to jasno przyznać: brytyjska formacja Led Zeppelin w drugiej połowie lat siedemdziesiątych była u szczyty potęgi. Promowała album Presence, a sprzedaż biletów na koncerty w USA szła znakomicie. Bicie rekordów frekwencji było czymś na porządku dziennym. Nie może to dziwić. Grupa wracała do Stanów po dwuletniej przerwie spowodowanej poważnym wypadkiem samochodowym, w którym udział brał wokalista Robert Plant. Mimo ogromnego sukcesu, nie wszystko szło zgodnie z planem. Tournée Led Zeppelin nie było bowiem wolne od napięć czy problemów organizacyjnych. Ponadto muzycy narzekali na ogromne zmęczenie.
Za kulisami atmosfera była doprawdy gęsta. Menedżer zespołu, potężny Peter Grant, zatrudnił nową ochronę, na której czele stanął John Bindon, i dbał o interesy zespołu z... bezwzględną surowością. To wszystko dało o sobie szybko znać. – Wiedziałem, co nieco o tym, jak zachowuje się ich ochrona. O tym, jak czekają z tym zabójczym spojrzeniem w oczach. To byli ochroniarze, którzy mieli największe policyjne kartoteki w Anglii. To byli bandyci – wspominał, w swojej autobiografii, Bill Graham, legendarny promotor festiwalu Day on the Green, na którym zespół zagrał dwukrotnie w 1977: 23 i 24 lipca. Niestety, występy zostały przyćmione przez sprawy pozamuzyczne.
Dzień pełen złej energii
Pierwszego dnia dziecko Petera Granta miało zostać szarpnięte lub uderzone przez Jima Matzorkisa, jednego z pracowników ochrony promotora. Powód? Próba zabrania tabliczki z nazwą zespołu z garderoby. Reakcja była natychmiastowa i dość brutalna. Grant oraz Bindon dotkliwie pobili pracownika Grahama w przyczepie. We wszystko zamieszany był także perkusista John Bonham.
W noc poprzedzającą drugi koncert na festiwalu, cała trójka i menedżer trasy Richard Cole zostali aresztowani pod zarzutem napaści. Spędzili w areszcie kilka godzin, po czym zwolniono ich, dzięki wpłaceniu kaucji. Występ, który wisiał na włosku, ostatecznie się odbył. Gitarzysta Jimmy Page bardzo źle go jednak wspominał. – Widziałem tylko ludzi wyciąganych przez barierki i bitych. To było straszne grać w takich warunkach. To był dzień pełen złej energii – wyznał muzyk w 2003 w rozmowie z Nickiem Kentem (cytat za książką Led Zeppelin. Kiedy giganci chodzili po Ziemi autorstwa Micka Walla).
Zeppelini zagrali 24 lipca set składający się z 20 utworów. Nie zabrakło m.in. The Song Remains the Same, od którego występ się rozpoczął, Since I've Been Loving You, No Quarter, Stairway to Heaven, Whole Lotta Love czy Rock and Roll (dwa ostatnie wymienione numery pojawiły się w ramach bisu).
Najgorsza wiadomość w życiu
Z Oakland muzycy Led Zeppelin odlecieli prywatnym samolotem do Nowego Orleanu, gdzie miał odbyć się koncert na stadionie Superdome. Jednak 26 lipca 1977 roku trasa została natychmiast przerwana. Tego dnia Plant otrzymał telefonicznie najgorszą wiadomość w swoim życiu: jego 5-letni syn Karac zmarł nagle w wyniku infekcji wirusowej. Wokalista szybko opuścił Stany i poleciał na swoją farmę w pobliżu Kidderminster w angielskim regionie Midlands. Siedem zaplanowanych występów nie doszło do skutku.
Muzycy wrócili na scenę dopiero dwa lata później, ale nigdy więcej nie zagrali już koncertu na amerykańskiej ziemi. W 1980 mieli wrócić do USA. Jednak przedwczesna śmierć perkusisty Johna Bonhama definitywnie zakończyła historię zespołu.