Dla wielu to drugi headliner na koncercie SoaD. Dlaczego fani tak czekają na QOTSA?

2026-07-16 20:00

System Of A Down są główną gwiazdą dwóch koncertów na PGE Narodowym, ale 18 i 19 lipca na stadion warto przyjść znacznie wcześniej. Przed nimi wystąpią Queens of the Stone Age – zespół, który samodzielnie zapełnia wielkie sale, zajmuje najwyższe miejsca na festiwalowych plakatach i ma własną, niezwykle wierną publiczność. Dla wielu fanów to nie będzie zwykły gość specjalny. To drugi headliner i jeden z głównych powodów, dla których ten koncertowy weekend zapowiada się aż tak dobrze.

Josh Homme z Queens of the Stone Age gra na gitarze podczas koncertu. O ich występie w Warszawie przeczytasz na EskaRock.
Autor: Emma Mcintyre/ East News

QOTSA potrafią być ciężcy, brudni i bezczelni, a chwilę później zagrać z niemal tanecznym pulsem. Ich muzyka nie uderza wyłącznie siłą gitar. Ona wciąga, kołysze, drażni i niebezpiecznie dobrze czuje się po zmroku. Nawet jeżeli tym razem zmrok może zastać ich dopiero pod koniec stadionowego występu.

Queens of the Stone Age nie są zwykłym supportem

Organizator przedstawia System Of A Down jako główną gwiazdę warszawskich koncertów, a Queens of the Stone Age i Acid Bath wymienia w składzie obu wieczorów. QOTSA sami podają występy 18 i 19 lipca na PGE Narodowym w oficjalnym kalendarzu trasy. Formalna hierarchia wydarzenia jest więc jasna. Najpierw Acid Bath, później Queens of the Stone Age, a na zakończenie System Of A Down. Tyle że muzycznych proporcji nie da się zamknąć w kolejności zapisanej na plakacie.

Queens of the Stone Age to zespół z własnym monumentalnym katalogiem, wielkimi przebojami i scenicznym doświadczeniem zdobywanym przez blisko trzy dekady. Grupa powstała wokół Josha Homme’a na kalifornijskiej scenie Palm Desert, ale już dawno przerosła wszystkie szufladki, do których próbowano ją wkładać. Nawet Live Nation opisuje QOTSA jako formację, która „przerosła własny gatunek”. Dlatego określenie ich mianem supportu, choć może pojawiać się w technicznych opisach wydarzenia, brzmi zwyczajnie zbyt skromnie. Support ma rozgrzać publiczność przed gwiazdą. Queens of the Stone Age mogą przejąć stadion, postawić własną poprzeczkę i zostawić po sobie koncert, o którym część widzów będzie mówiła równie długo jak o występie SOAD.

Wystarczy kilka pierwszych taktów „No One Knows”

Każdy fan QOTSA ma swoją listę utworów, które chce usłyszeć na żywo. Dla jednych będzie to „No One Knows” – numer, którego charakterystyczny riff rozpoznaje się po kilku sekundach. Inni będą czekać na rozpędzone „Go with the Flow”, mroczne „I Appear Missing”, bezczelne „Little Sister” albo „A Song for the Dead” z finałem, po którym człowiek przez chwilę nie wie, co właściwie wydarzyło się pod sceną. Są również takie piosenki jak „Make It Wit Chu”, podczas których ciężki rock nagle zamienia się w coś uwodzicielskiego, niemal leniwego. Właśnie ta zmienność jest jedną z największych sił Queens of the Stone Age.

To nie jest zespół grający zestaw podobnych riffów w nieco innych tempach. W ich muzyce jest pustynny żar, garażowy brud, psychodelia, blues, glam rock, punkowa zadziorność i rytm, który chwilami bardziej pasuje do dusznego klubu niż wielkiego stadionu. QOTSA potrafią zabrzmieć potężnie, ale nigdy ociężale. Nawet najcięższe fragmenty mają u nich charakterystyczny ruch i groove.

Na koncercie nie chodzi więc wyłącznie o odhaczanie przebojów. Chodzi o ten moment, gdy precyzyjna sekcja rytmiczna wpada w hipnotyczną pętlę, Josh Homme przeciąga frazę z właściwą sobie nonszalancją, a publiczność zaczyna poruszać się jak jeden organizm.

Josh Homme nie potrzebuje wielkich przemówień

Josh Homme nigdy nie był klasycznym rockowym frontmanem, który co kilka minut prosi publiczność o podniesienie rąk i dokładnie instruuje ją, kiedy ma krzyczeć. Jego sceniczna charyzma działa inaczej. Jest w niej pozorna swoboda, ironia, odrobina zagrożenia i przekonanie, że muzyka sama wykona większość pracy. Homme potrafi sprawiać wrażenie człowieka, który właśnie przypadkiem znalazł się na scenie, choć jednocześnie kontroluje każdy moment koncertu.

Nie jest przewidywalny ani grzeczny i nigdy nie wygląda jak ktoś, kto wykonuje mechanicznie ten sam program po raz setny. To niezwykle ważne w czasach, gdy największe stadionowe trasy bywają perfekcyjnie zaprogramowanymi widowiskami, w których prawie nie ma miejsca na ryzyko. Queens of the Stone Age nadal sprawiają wrażenie zespołu, który może skręcić w inną stronę, przedłużyć utwór, zmienić jego ciężar albo pozwolić, by koncert na chwilę wymknął się spod kontroli.

QOTSA przyjeżdżają do Warszawy z nową muzyką

Oczekiwanie na warszawskie koncerty podkręciła dodatkowo premiera „Easy Street”. Queens of the Stone Age opublikowali utwór 14 lipca 2026 roku. To ich pierwszy nowy singiel od wydanego w 2023 roku albumu „In Times New Roman…”. Piosenka została wcześniej zaprezentowana podczas niezwykłego koncertu zrealizowanego w paryskich katakumbach. Josh Homme tłumaczył, że numer został nagrany niemal jak demo: bez kliku, z pozostawionymi pomyłkami, wahaniami tempa i niedoskonałymi klaśnięciami. Właśnie ta niedoskonałość miała zachować jego ludzki charakter. Trudno o lepsze przypomnienie, dlaczego ten zespół wciąż jest potrzebny. W świecie muzyki coraz dokładniej wyrównywanej, czyszczonej i poprawianej QOTSA zostawiają oddech, rysy oraz momenty, które nie są idealne. I właśnie przez to brzmią prawdziwie.

Premiera na kilka dni przed koncertami automatycznie rodzi też pytanie: czy „Easy Street” pojawi się na setliście w Warszawie? Gwarancji oczywiście nie ma, ale obecność nowego numeru może sprawić, że oba występy nabiorą dodatkowego znaczenia.

To będzie koncert dla tych, którzy lubią nieoczywisty ciężar

Połączenie Queens of the Stone Age i System Of A Down nie jest oczywiste. SOAD atakują nagłymi zmianami tempa, wokalnym teatrem, politycznym gniewem i utworami, które potrafią w ciągu kilkudziesięciu sekund kilkakrotnie zmienić kierunek. QOTSA działają bardziej podskórnie. Ich riffy bywają repetytywne i hipnotyczne. Zamiast rzucać publicznością od ściany do ściany, stopniowo zaciskają pętlę. Zanim słuchacz się zorientuje, jest już w środku tego rytmu i nie bardzo potrafi się z niego wydostać.

To także jeden z niewielu zespołów, który może zagrać przed System Of A Down bez ryzyka, że zostanie potraktowany wyłącznie jako muzyczne oczekiwanie na główną atrakcję. QOTSA mają własny język, własną sceniczną osobowość i fanów, którzy kupiliby bilet nawet wtedy, gdyby nazwa System Of A Down w ogóle nie pojawiła się na plakacie.

Na PGE Narodowym spotkają się różne pokolenia fanów

Podczas warszawskich koncertów pod sceną spotkają się zapewne osoby, które poznały Queens of the Stone Age za sprawą „Songs for the Deaf”, słuchacze pamiętający premiery „Lullabies to Paralyze” i „Era Vulgaris”, a także młodsi fani, którzy zaczynali od „…Like Clockwork”, „Villains” lub „In Times New Roman…”. Każda z tych płyt pokazuje nieco inną twarz zespołu. Jedne są surowsze, inne bardziej melancholijne, przebojowe albo eksperymentalne. Wszystkie jednak łączy charakterystyczne napięcie, dzięki któremu QOTSA trudno pomylić z kimkolwiek innym.

I chyba właśnie dlatego tak mocno czekamy na ich warszawski występ. Nie tylko po to, żeby wspólnie wykrzyczeć refreny największych numerów. Chcemy ponownie poczuć ten dziwny, ciężki i rozkołysany puls, który zaczyna się gdzieś w gitarowym riffie, a po chwili przejmuje całe ciało.

System Of A Down są oficjalnym headlinerem i trudno dyskutować z ich pozycją. Ale 18 i 19 lipca na PGE Narodowym naprawdę warto pojawić się wcześniej. Queens of the Stone Age nie przyjadą jedynie przygotować sceny dla kolejnego zespołu.

Przyjadą po swój własny koncert.

Galeria: Queens of the Stone Age to koncertowi giganci. Oto TOP10 kawałków, bez których nie ma występu zespołu!

Queens of the Stone Age - najlepsze numery rockowej formacji