Depresja Roberta Smitha i strach przed trzydziestką
Robert Smith, lider The Cure, w 1988 roku nie był w nastroju do świętowania. Zbliżał się do swoich 30. urodzin, co wywołało u niego prawdziwy paraliż twórczy i życiowy. Muzyk wmówił sobie, że wszystkie najważniejsze dzieła w historii rocka powstały, zanim ich autorzy przekroczyli tę magiczną barierę wieku. Czuł, że mimo ogromnej popularności zespołu, wciąż nie nagrał swojego najważniejszego albumu, swojego prawdziwego dzieła życia, które przetrwa próbę czasu.
Aby wywołać w sobie odpowiednio ponury nastrój, Smith zaczął się izolować od reszty świata i kolegów z kapeli. Zamknął się w swoim domu w zachodnim Londynie, gdzie w samotności tworzył pierwsze szkice nowych utworów na tanim syntezatorze i automacie perkusyjnym. W tym czasie eksperymentowała z LSD, co tylko pogłębiało jego melancholię i poczucie odrealnienia. Chciał stworzyć coś tak mrocznego i trudnego, co skutecznie odstraszy przypadkowych słuchaczy, którzy polubili The Cure po ich wcześniejszych, bardziej popowych hitach.
Szefowie wytwórni Elektra Records wieszczą komercyjną klapę
Kiedy przedstawiciele amerykańskiej wytwórni Elektra Records usłyszeli gotowy materiał na płytę "Disintegration", wpadli w popłoch. Piosenki były długie, powolne, a wiele z nich zaczynało się od kilkuminutowych partii instrumentalnych, co zupełnie nie pasowało do ówczesnych standardów radiowych. Wydawcy byli przekonani, że po sukcesie radosnego "Just Like Heaven", nowa propozycja zespołu zniszczy ich karierę i zniechęci fanów do kupowania kolejnych płyt.
Uważali, że to jest komercyjne samobójstwo i oskarżyli mnie o bycie celowo nieprzystępnym – wspominał po latach Robert Smith
Sytuacja była tak napięta, że lider grupy musiał walczyć o każdy dźwięk. Chris Parry, szef brytyjskiej wytwórni Fiction Records i człowiek, który odkrył The Cure, również początkowo kręcił nosem na zbyt wolne tempo utworów. Doszło nawet do tego, że Smith zagroził, że wyda album na własną rękę, jeśli firma nie zgodzi się na jego warunki. Ostatecznie wydawcy ustąpili, ale robili to z wielkimi obawami o stan konta i dalszą przyszłość formacji.
Pożar w studiu i ratowanie materiału z płomieni
Nagrania do płyty odbywały się na przełomie 1988 i 1989 roku w Outside Studios i obfitowały w dramatyczne wydarzenia. Pewnej nocy w pokoju zajmowanym przez muzyków wybuchł pożar. Podczas gdy inni w panice szukali wyjścia, Robert Smith jako jedyny zachował zimną krew i wbiegł do zadymionego pomieszczenia, aby wynieść taśmy z nagraniami. Ryzykował zdrowiem, ale dzięki temu uratował owoce wielomiesięcznej pracy, bez których świat nigdy nie usłyszałby "Disintegration". W tym samym czasie z zespołu został wyrzucony Lol Tolhurst, współzałożyciel grupy, który przez skrajny alkoholizm przestał brać czynny udział w sesjach. Smith złośliwie wpisał go w książeczce do płyty jako osobę odpowiedzialną za "inne instrumenty", co było jawną kpiną z jego bezużyteczności w studiu, ponieważ za większość partii klawiszy odpowiadał Roger O'Donnell.
"Disintegration" podbija świat wbrew logice branży
Przewidywania ekspertów z branży muzycznej okazały się całkowicie błędne. Po premierze 2 maja 1989 roku album błyskawicznie stał się hitem, a fani pokochali mroczną stronę The Cure. Płyta sprzedała się w nakładzie przekraczającym 4 mln egzemplarzy na całym świecie, osiągając status potrójnej platyny w samych Stanach Zjednoczonych. Zamiast zniszczyć karierę zespołu, krążek wyniósł go na szczyty list przebojów w Wielkiej Brytanii oraz Ameryce, udowadniając, że słuchacze potrzebowali autentycznych emocji, nawet jeśli były one bolesne i trudne w odbiorze.
Największą ironią losu okazał się sukces piosenki "Lovesong". Robert Smith napisał ją jako bardzo osobisty prezent ślubny dla swojej żony, Mary Poole, i początkowo w ogóle nie traktował jej jako potencjalnego hitu. Tymczasem ten skromny utwór dotarł do 2. miejsca listy Billboard Hot 100, stając się najpopularniejszym singlem The Cure za oceanem w całej ich historii. Również mroczny numer "Lullaby" stał się fenomenem w Europie, zdobywając nagrodę Brit Award za najlepszy teledysk i pokazując, że melancholia może być niesamowicie dochodowym interesem.