Robert Smith wspomina powstanie słynnego utworu The Cure. "Nie wierzyłem, że sam mogłem to wymyślić"

2026-04-20 12:15

Jeśli trzeba byłoby wybrać najbardziej przebojowy numer w dyskografii The Cure, wiele osób z pewnością wskazałoby na drugi singiel z albumu "Wish" z 1992 roku. – Dla taksówkarzy jestem tym facetem, który śpiewa "Friday I'm In Love" – powiedział kiedyś Robert Smith.

The Cure

i

Autor: Wikimedia Commons/ CC BY-SA 4.0

Błąd techniczny i narkotykowa paranoja. Oto historia powstania słynnego przeboju The Cure 

Myślisz The Cure, widzisz przed oczami mrok i wszystko, co jeszcze kojarzy się z deszczowymi, jesiennymi wieczorami. To jednak tylko jedna strona medalu. Grupa, dowodzona przez wokalistę i gitarzystę Roberta Smitha, ma przecież w swoim dorobku dość pogodne i przebojowe utwory, które znają nawet osoby nie siedzące na co dzień w świecie rocka. W 1992 roku świat usłyszał coś, co kompletnie nie pasowało do dorobku The Cure. – "Friday I'm In Love" to nie dzieło geniusza. Była to niemal wykalkulowana piosenka – wyjaśnił lider w 1992 w wywiadzie dla magazynu Guitar Player.

Czego brakuje w dzisiejszej muzyce rockowej? Slash wyjaśnia

Historia tego wielkiego hitu zaczęła się pewnego piątkowego popołudnia, gdy Smith wracał samochodem do domu. Nagle w jego głowie pojawiła się świetna sekwencja akordów. Zamiast jechać dalej, muzyk zawrócił i pognał z powrotem do studia. – Wszyscy nadal tam byli. Nagraliśmy to w piątek wieczorem – powiedział Smith dla Guitar World. Stąd więc w tytule pojawił się dzień tygodnia. Frontman The Cure postanowił, że tekst piosenki będzie oddawał uczucie radości, które towarzyszy nam wszystkim, kiedy nadchodzi wolny weekend.

Gdy utwór nabrał kształtów, Smith wpadł w panikę. Melodia zawarta we Friday I'm In Love wydawała mu się tak prosta, chwytliwa i znajoma, że był święcie przekonany, iż podświadomie ją komuś ukradł. – Nie mogłem uwierzyć, że nikt inny nie użył wcześniej tej progresji akordów. Pytałem wtedy mnóstwo ludzi – i tak wpadałem już w narkotykową paranoję – mówiąc: "Musiałem to skądś ukraść, niemożliwe, żebym sam to wymyślił". Pytałem wszystkich, których znałam. Wszystkich. Dzwoniłem do ludzi, śpiewałam i mówiłem: "Słyszeliście to już wcześniej? Jak to się nazywa?". A oni odpowiadali: "Nie, nie, nigdy tego nie słyszeliśmy" – dodał. Wówczas mógł w końcu odetchnąć z ulgą.

Pisząc o Friday I’m In Love, nie można zapomnieć o pewnej wpadce. Podczas nagrań Robert Smith bawił się przełącznikiem odpowiadającym za regulacją prędkości taśmy i... go nie wyłączył. W rezultacie całe nagranie zostało przyspieszone o ćwierć tonu. Na żywo muzycy The Cure całość grają już w oryginalnie zamierzonej tonacji.

Nasz zamiar

Kompozycja Friday I’m In Love znalazła się na dziewiątym albumie Wish, który ujrzał światło dzienne 21 kwietnia 1992, w 33. urodziny Smitha. Piosenka, którą wytypowano na drugi singiel z płyty, stała się światowym hitem. Osiągnęła szóste miejsce na liście w Wielkiej Brytanii i osiemnaste w Stanach Zjednoczonych. Do historii przeszedł także teledysk do w reżyserii Tima Pope’a. Za niego muzycy The Cure zgarnęli statuetkę podczas MTV Video Music Awards w 1992.

Nie da się ukryć, że za sprawą tego utworu, o istnieniu formacji dowiedziało się znacznie więcej osób. – Zawsze paradoksalnie wmawiano ludziom, że jesteśmy zespołem gotyckim. Bo dla ogółu społeczeństwa nim nie jesteśmy. Dla taksówkarzy jestem tym facetem, który śpiewa "Friday I'm In Love" – przyznał Smith dla NME. – Popowe hity pozwoliły nam odnieść sukces. Taki był chyba zawsze nasz zamiar – przyciągnąć ludzi, a potem ich oszołomić. Dziś, ponad 30 lat od premiery, Friday I’m In Love pozostaje świetnym dowodem na to, że nawet takie "smutasy", jak The Cure, potrzebują czasem odrobiny słońca...  

Oto najlepsze albumy w dorobku The Cure [TOP5]: