Scena rockowa lat 70. miała swoich bogów, proroków i buntowników. Jedni opierali swój mit na dżinsowej autentyczności, inni na bluesowym korzeniu i surowej energii. W tym panteonie David Bowie był zjawiskiem osobnym, kimś, kto nie tyle chciał grać według ustalonych reguł, co napisać je od nowa, dla siebie. Jego ambicja sięgała daleko poza listy przebojów i okładki magazynów. On sam, po latach, ujął to w jednym, niepokojącym zdaniu, które zdaje się kluczem do całej jego artystycznej tożsamości.
Zawsze odczuwałem odpychającą potrzebę bycia kimś więcej niż człowiekiem.
To nie była zwykła poza rockmana, który bawi się wizerunkiem. To była deklaracja misji, niemal przekleństwo, które pchało go w ramiona kolejnych, coraz bardziej skrajnych wcieleń. Ta potrzeba nie była uskrzydlająca – była, jak sam przyznał, „odpychająca”. Jak przymus, którego nie da się kontrolować.
Kosmita, który naprawdę spadł na Ziemię
Wszystko zaczęło się na dobre, gdy z Davida Jonesa narodził się David Bowie, a z niego z kolei – Ziggy Stardust. Rockowy mesjasz z kosmosu, androgyniczny, z płomiennorudymi włosami i wizerunkiem, który w jednej chwili wysadził w powietrze całą maczystowską estetykę rocka. Płyta The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars z 1972 roku była czymś więcej niż albumem koncepcyjnym. Stała się scenariuszem, a Bowie jego głównym aktorem. I tu właśnie objawiła się jego niezwykłość. W przeciwieństwie do innych, którzy tworzyli sceniczne alter ego, Bowie nie grał postaci – on nią był. Na scenie, w wywiadach, na ulicy. Zacierał granicę tak skutecznie, że w pewnym momencie sam przestał wiedzieć, gdzie kończy się Ziggy, a zaczyna David. Ta metamorfoza była totalna i niebezpiecznie wciągająca. Kiedy w 1973 roku podczas koncertu w Hammersmith Odeon „uśmiercił” Ziggy'ego, obwieszczając, że to ostatni występ, publiczność była w szoku. Ale dla niego to był jedyny ratunek, by nie zostać pożartym przez własne dzieło.
Jak smakuje amerykański sen Davida Bowie?
Ucieczka od Ziggy'ego zaprowadziła go prosto do Ameryki i w objęcia kolejnej, jeszcze mroczniejszej persony. The Thin White Duke, czyli chudy, blady książę, był wcieleniem europejskiej dekadencji rzuconej w sam środek amerykańskiego blichtru. Elegancki, nienagannie ubrany, ale wewnętrznie wypalony i paranoiczny. To wtedy, w połowie lat 70., „odpychająca potrzeba” bycia kimś więcej niż człowiekiem zaprowadziła go na skraj przepaści. Albumy Young Americans i, przede wszystkim, Station to Station były genialne, ale powstały w oparach kokainowego szaleństwa. Bowie sam przyznawał, że niemal nie pamięta sesji nagraniowych do tego drugiego. Jego ówczesna dieta, jak głosi legenda, miała składać się głównie z mleka, papryki i narkotyków. Stał się chodzącą manifestacją własnego cytatu – istotą tak odległą od zwykłej ludzkiej egzystencji, jak to tylko możliwe. Był artystą totalnym, ale jednocześnie człowiekiem na granicy zniknięcia. Ta postać, chłodna i pozbawiona emocji, była ceną, jaką płacił za próbę przekroczenia własnej śmiertelności.
Co artysta znajduje w podzielonym Berlinie?
Kolejna ucieczka była jeszcze bardziej radykalna. Bowie przeniósł się do Berlina Zachodniego, miasta-wyspy, otoczonego murem, przesiąkniętego atmosferą zimnej wojny i artystycznego fermentu. Tam, we współpracy z Brianem Eno, postanowił zdekonstruować nie tylko swoją muzykę, ale i samego siebie. Słynna „trylogia berlińska” – albumy Low, "Heroes" i Lodger – to zapis powolnego powrotu do człowieczeństwa, choć na własnych, nieludzkich warunkach. Zamiast tworzyć kolejne spektakularne awatary, skupił się na dźwięku. Inspirowany niemieckim krautrockiem, postawił na eksperyment, chłód i instrumentalne pejzaże. To już nie był bóg rocka, ale anonimowy artysta w obcym mieście, próbujący poskładać się na nowo. Potrzeba bycia kimś więcej wciąż w nim tkwiła, ale zmieniła swój charakter. Zamiast kreować nadludzkie postacie, zaczął tworzyć nadludzką muzykę – wyprzedzającą swój czas, trudną, ale ostatecznie oczyszczającą. Zostawił za sobą Stany, kokainę i chudego księcia, by w cieniu Muru Berlińskiego odnaleźć coś, co dawno utracił.
Ta „odpychająca potrzeba” nigdy go tak naprawdę nie opuściła. Pchała go do zmiany przez kolejne dekady, od popowego gwiazdora w latach 80., przez rockowe eksperymenty z Tin Machine, aż po pożegnalny, jazzujący testament, jakim był album Blackstar. David Bowie nigdy nie chciał być jednym z nas. I chyba właśnie dlatego jego historia wciąż tak fascynuje. Zostawił po sobie nie tylko muzykę, ale też dowód na to, że czasami największa sztuka rodzi się z niebezpiecznej, niemal niszczycielskiej walki z własną naturą.