Wystarczyło spojrzeć na stare fotografie, by dać się zwieść. Poszarpane ubrania, pognieciona twarz i ten słynny, zrujnowany uśmiech, który stał się jego znakiem rozpoznawczym na długo przed tym, jak stomatologia interwencyjna zamieniła go w temat telewizyjnego dokumentu. Na pierwszy rzut oka Shane MacGowan był podręcznikowym przykładem rockowego degenerata. Produktem ubocznym londyńskiej sceny punkowej, który swoje pierwsze pięć minut sławy zawdzięczał zakrwawionemu uchu i nagłówkowi w „NME” krzyczącemu o „kanibalizmie na koncercie The Clash”. Był poetą przeklętym, który zamiast wiecznego pióra wybrał rozbitą butelkę. A jednak, w jednej z tych rzadkich chwil, gdy chaos ustępował miejsca klarowności, MacGowan zburzył ten obraz jednym, prostym wyznaniem:
Nie jestem tak bardzo gwiazdą rocka, rozumiesz, co mam na myśli? Gram irlandzką muzykę. Naprawdę nie ma wieku, w którym przestaje się grać irlandzką muzykę. Nawet gdybym przeszedł na emeryturę i przestał występować na scenie, wciąż śpiewałbym w pubach.
Ta deklaracja tożsamości tłumaczyła całą jego pokręconą, genialną i tragiczną karierę. Odrzucenie rockandrollowego blichtru na rzecz czegoś znacznie starszego, głębszego i, w jego mniemaniu, prawdziwszego.
Dlaczego Shane MacGowan nigdy nie chciał być gwiazdą rocka?
Jego historia była nieustannym zderzeniem dwóch światów. Z jednej strony punkowy Londyn lat 70., gdzie jako nastolatek pod pseudonimem Shane O’Hooligan tworzył zin „Bondage” i założył kapelę The Nipple Erectors. Z drugiej – irlandzkie hrabstwo Tipperary, gdzie spędził wczesne dzieciństwo i nasiąkał opowieściami, pieśniami i alkoholem podawanym mu przez rodzinę na sen. The Pogues, zespół, który dał mu nieśmiertelność, był ostatecznym owocem tego konfliktu. Połączyli furię punka z melancholią skrzypiec i blaszanych fletów, tworząc ścieżkę dźwiękową dla irlandzkich emigrantów – pełną tęsknoty, wściekłości i czarnego humoru. MacGowan pisał o historii, nacjonalizmie i życiu na marginesie z precyzją, której zazdrościli mu najwięksi. Joe Strummer nazwał go jednym z najlepszych autorów stulecia. Nick Cave widział w nim geniusza. Ale mechanizmy rockowej machiny były dla niego trucizną.
Kiedy pub staje się ważniejszy niż stadion
Trasy koncertowe, zobowiązania, dyscyplina – wszystko to kłóciło się z jego naturą. Gwiazda rocka musi stawiać się na próby, wychodzić na scenę o czasie, udzielać spójnych wywiadów. Shane wolał pub. To tam toczyło się prawdziwe życie i prawdziwa muzyka. Apogeum tej niezgody charakterów nadeszło w 1991 roku podczas trasy po Japonii. Zespół, zmęczony jego alkoholowo-narkotykowymi ekscesami, ciągłymi nieobecnościami i koncertami granymi na granicy przytomności, po prostu go zwolnił. Jego koledzy wyrzucili go nie za bycie irlandzkim bardem, ale za bycie rockandrollową katastrofą. Ironia polegała na tym, że właśnie ten rockandrollowy styl życia, którego tak nie znosił, uniemożliwił mu granie muzyki, którą kochał. To był moment, w którym jego deklaracja o niebyciu gwiazdą rocka nabrała brutalnie realnego wymiaru. Został odrzucony przez format, do którego nigdy nie pasował. Nawet późniejsze, reaktywacyjne trasy z The Pogues były naznaczone starymi demonami. Jak sam przyznał po latach: „Wróciliśmy do siebie i na nowo zaczęliśmy się nienawidzić”.
Ostatnia zwrotka w dublińskim pubie
W jego słowach o śpiewaniu w pubach nawet na emeryturze kryła się esencja jego jestestwa. Gwiazdy rocka odchodzą, wypalają się, stają się karykaturami samych siebie. Tradycyjna irlandzka muzyka jest wieczna. Przekazywana z pokolenia na pokolenie przy kuflu Guinnessa, nie potrzebuje stadionów i platynowych płyt. Potrzebuje tylko głosu, historii i słuchaczy. MacGowan, nawet gdy jego ciało odmawiało posłuszeństwa i był przykuty do wózka inwalidzkiego, pozostał wierny tej idei. Jego pogrzeb, podczas którego żałobnicy tańczyli w kościele do „Fairytale of New York”, był tego ostatecznym dowodem. Nie żegnano ikony rocka. Żegnano jednego z ostatnich prawdziwych bardów, którego chropowaty, przeżarty życiem głos na zawsze pozostanie częścią irlandzkiego krajobrazu. Gdzieś pomiędzy zapachem torfu a stukiem szklanek w dublińskim pubie.