Bo jak właściwie opisać Kravitza w kilku słowach? Jako rockmana? To prawda, ale niepełna. Jako faceta, który wpuścił do gitarowego grania funk i soul? Też, ale to wciąż za mało. Jako artystę zakochanego w klasyce, a jednocześnie zbyt wyrazistego, żeby zostać tylko sprawnym odtwórcą dawnych patentów? To już znacznie bliżej sedna. Lenny Kravitz od lat działa właśnie w tym miejscu – między rockowym nerwem, soulową miękkością i funkowym ruchem. Ale robi to tak, że jego muzyka jak świat z własnym pulsem, a nie składanka wpływów.
Lenny Kravitz - rockman, który nie boi się groove'u
Najciekawsze w Kravitzu jest to, że nigdy nie potrzebował czystych gatunkowych deklaracji. Nie musiał nikomu udowadniać, że jest wystarczająco "rockowy", więc mógł sobie pozwolić na więcej. Zamiast pilnować granic, wolał rozsuwać je po swojemu. W jego numerach gitara bardzo często jest punktem wyjścia, ale nie jedynym bohaterem. Równie ważne są rytm, przestrzeń, puls i zmysłowość, której w klasycznym rockowym graniu czasem po prostu brakuje.
To słychać już w tych najbardziej znanych numerach. "Are You Gonna Go My Way" ma w sobie potężny riff i sceniczny rozmach, ale nie jest tylko pokazem siły. Ten utwór żyje ruchem, groove'em i bezczelną energią, która nie zamienia się w pustą demonstrację. "Fly Away" idzie w stronę większej lekkości, ale wciąż nie gubi pazura. Z kolei "It Ain't Over 'Til It's Over" pokazuje Kravitza z zupełnie innej strony – bardziej soulowej, miękkiej i eleganckiej, ale nadal stuprocentowo jego.
W tym właśnie kryje się jego przewaga nad wieloma artystami, którzy próbowali podobnych mieszanek. U Kravitza to nigdy nie było ćwiczenie z estetyki. On nie sklejał inspiracji jak planszy z ulubionymi nazwiskami. On z nich korzystał, ale przepuszczał je przez własną wrażliwość.
Polecany artykuł:
Retro, które nie było przebieranką
Łatwo powiedzieć, że Kravitz jest artystą "retro". Problem w tym, że to słowo często bywa skrótem, który bardziej zaciemnia, niż wyjaśnia. Owszem, słychać u niego fascynację starszym brzmieniem. Słychać analogowe myślenie, miłość do organicznego grania, do muzyki opartej na feelingu, a nie wyłącznie na perfekcyjnie wypolerowanej konstrukcji. Tyle że on nigdy nie brzmiał jak ktoś, kto po prostu odtwarza dawne dekady.
To nie była rekonstrukcja rocka, soulu czy funku z minionych lat. Kravitz brał z tych światów to, co najbardziej nośne i najbardziej zmysłowe, ale składał to w całość po swojemu. Dzięki temu nie zamienił się w muzyczny eksponat dla fanów dawnych czasów. Nawet kiedy bardzo wyraźnie oddawał ukłon swoim inspiracjom, zostawiał w tym własny ślad. Kravitz brzmi jak artysta, który po prostu wiedział, jak pisać piosenki z charakterem.
Nie tylko wielkie single
To ważne, bo Kravitzowi przez lata zdarzało się wpadać w pułapkę uproszczeń. Dla części słuchaczy pozostał przede wszystkim autorem kilku gigantycznych hitów, twarzą bardzo konkretnej rockowej epoki i symbolem stylu, który miał być równie ważny jak dźwięk. Tylko że taki obraz jest zwyczajnie zbyt ciasny.
Za jego pozycją stało coś więcej niż kilka numerów, które świetnie działały w radiu i telewizji. Przede wszytkim umiejętność budowania własnej tożsamości bez zamykania się w jednej formule. "Let Love Rule" pokazuje, że od początku interesowało go granie oddychające, bardziej otwarte. "Always on the Run" niesie funk-rockowy nerw bez zadęcia. "Believe" odsłania bardziej psychodeliczne, rozkołysane oblicze. "Again" udowadnia, że Kravitz potrafi wejść w duży, emocjonalny format i nie zgubić przy tym smaku.
To nie jest dorobek faceta, którego da się uczciwie opisać jednym przymiotnikiem. Za dużo tu odcieni, za dużo świadomych skrętów i za dużo muzycznej intuicji, by sprowadzić go wyłącznie do roli efektownego frontmana.
Polecany artykuł:
Własny język zamiast cudzych szuflad
Najmocniejsze u Kravitza jest chyba właśnie to, że nigdy nie wyglądał na artystę zdesperowanego, by gdzieś przynależeć. Nie był ortodoksem, nie był też oportunistą. Nie szedł ślepo za trendami, ale też nie zamykał się w pozycji strażnika jedynej słusznej tradycji. To dość rzadka kombinacja.
W jego muzyce zawsze było słychać ogromny szacunek do historii, ale równie mocno było słychać niezależność. Kravitz rozumiał, skąd bierze się siła rocka, funku i soulu, ale nie traktował tych języków jak świętości, których nie wolno ruszać. On robił z nich użytek. Szukał punktów styku, a nie murów. Dziś, kiedy wiele rzeczy da się szybko sklasyfikować, opisać algorytmem i wrzucić do gotowej playlistowej przegródki, taki typ artysty robi jeszcze większe wrażenie. Kravitz przypomina, że najmocniejsze brzmienie często rodzi się nie z posłuszeństwa wobec gatunku, tylko z odwagi, żeby potraktować go po swojemu.
Jak Lenny Kravitz poszedł własną drogą?
Kravitz nie wymknął się rockowym szufladkom dlatego, że był nieuchwytny albo niekonsekwentny. Wymknął się im dlatego, że od początku miał własny środek ciężkości. Nie musiał wybierać między rockową siłą, soulową melodyjnością i funkowym pulsem, bo najlepiej czuł się właśnie tam, gdzie te światy zaczynały się przenikać.
I to jest być może najważniejsza rzecz, jaką zostawia w historii muzyk - bbardzo konkretne brzmienie – takie, które rozpoznajesz niemal od razu, choć nie da się go wygodnie wsunąć do jednej szuflady. Tak właśnie brzmi Lenny Kravitz. Jak artysta, który nigdy nie chciał być tylko "od rocka". I całe szczęście, bo właśnie dzięki temu został kimś znacznie ciekawszym.