Czy rock'n'roll musiał umrzeć, by narodzić się na nowo?
Pod koniec lat 80. rock'n'rollowy panteon przypominał muzeum figur woskowych. Weterani z poprzednich dekad odgrzewali stare riffy, a ich nowi naśladowcy z pietyzmem kopiowali każdy gest, każdy grymas i, co najważniejsze, każdy autodestrukcyjny nawyk. Mit szalonego, nieobliczalnego geniusza, który spala się dla sztuki i publiczności, trzymał się mocno. Hotelowe pokoje wciąż demolowano z poczucia obowiązku, a kulisy koncertów pachniały mieszanką taniej whiskey i drogich narkotyków. Scena czekała na kogoś, kto potrząśnie tym skostniałym układem. I wtedy pojawił się on – ktoś, kto wyglądał jak zaginiony członek Led Zeppelin, ale mówił jak filozof nowej ery. Ktoś, kto kochał brzmienie lat 70., ale gardził ich mitologią.
Ludzie czują, że muszą prowadzić ten stereotypowy styl życia, aby być gwiazdą rocka. Nie trzeba brać heroiny i zachowywać się w określony sposób, żeby być muzykiem rock and rollowym
– stwierdził po latach, podsumowując nie tylko swoją karierę, ale i całą artystyczną filozofię.
Dlaczego Lenny Kravitz nie chciał zostać kolejną ofiarą rockowego mitu?
Słowa te nie były rzucone na wiatr. Lenny Kravitz od samego początku był anomalią. Syn producenta wiadomości telewizyjnych i aktorki, wychowany na nowojorskim Upper East Side, słuchający w domu Duke’a Ellingtona, Milesa Davisa i Elli Fitzgerald. Kiedy inni przyszli idole tłukli się w garażach na przedmieściach, on jako pięciolatek słuchał, jak Duke Ellington gra dla niego „Happy Birthday”. Gdy jego rówieśnicy odkrywali pierwsze akordy na zdezelowanych gitarach, on śpiewał w California Boys Choir i występował z Metropolitan Opera. To nie był materiał na buntownika z wyboru. A jednak, gdy jego rodzina przeniosła się do Los Angeles, chłopak wsiąkł w rocka bez reszty. The Beatles, The Rolling Stones, Hendrix, The Who – pochłaniałł wszystko. Ale od początku podchodził do tego jak pilny uczeń, a nie jak kandydat na rock'n'rollowego samobójcę. Widział w tej muzyce energię i wolność, a nie podręcznik do samozagłady.
Polecany artykuł:
Wychowany przez geniuszy, zakochany w buntownikach. Jaką drogę wybrał?
Jego start nie był łatwy. Wytwórnie patrzyły na niego z konsternacją. Dla jednych jego muzyka była „za mało czarna”, dla innych „za mało biała”. Próbowali go wepchnąć w ramki, ale on się wymykał. Chciał grać rocka przefiltrowanego przez funk, soul i R&B. Chciał brzmieć jak zaginiona taśma z lat 70., nagrana na nowoczesnym sprzęcie. Kiedy w końcu zadebiutował albumem „Let Love Rule” w 1989 roku, krytycy byli podzieleni. Jedni widzieli w nim objawienie, inni zaledwie utalentowanego naśladowcę. Nie pasował ani do czarnej, ani do białej szuflady. Zamiast dołączyć do jakiejś sceny, postanowił stworzyć własną. Grał na większości instrumentów, sam produkował swoje płyty, obsesyjnie kontrolował każdy dźwięk. W jego świecie gitara była narzędziem, a nie rekwizytem do demolowania hotelowych pokoi.
Ucieczka z rock'n'rollowego cyrku czy po prostu inny pomysł na życie?
Kravitz udowodnił, że można inaczej. Zdobył cztery nagrody Grammy z rzędu za najlepsze męskie rockowe wykonanie wokalne – rekord, który świadczył o rzemieślniczej precyzji, a nie chaotycznych zrywach geniuszu. Zamiast wdawać się w publiczne awantury, wolał współpracować z Madonną, Aerosmith czy Mickiem Jaggerem. Gdy rockowy styl życia zaczął go nużyć, nie sięgnął po butelkę, tylko założył firmę designerską Kravitz Design. Zamiast spalać się w blasku fleszy, wolał go projektować, tworząc wnętrza hoteli i luksusowe meble.
Jego historia to opowieść o świadomym odrzuceniu scenariusza, który zniszczył tak wielu. To dowód, że można czerpać z dziedzictwa rocka, nie płacąc za to najwyższej ceny. Kravitz wziął z lat 70. to, co najlepsze – brzmienie, styl, wolność ekspresji – ale odrzucił mit rockowego boga, który musi umrzeć młodo. Zamiast tego wybrał życie. Dziś mieszka na farmie w Brazylii, uprawia własne jedzenie i, jak sam twierdzi, od lat żyje w celibacie. Trudno o bardziej spektakularne zaprzeczenie stereotypu, z którym walczył od samego początku.