Brad Plunkett i oszczędności, które zmieniły rocka
Wszystko zaczęło się w lutym 1966 roku w biurach amerykańskiej firmy Thomas Organ Company. Młody inżynier Brad Plunkett dostał od szefa proste zadanie: miał obniżyć koszty produkcji wzmacniaczy marki Vox, których firma była dystrybutorem. Chodziło konkretnie o układ wzmacniający średnie tony, obsługiwany przez drogi przełącznik kosztujący około 4 dolary. Plunkett wpadł na pomysł, żeby zastąpić go zwykłym, tanim potencjometrem za zaledwie 30 centów. Podczas testowania nowego rozwiązania na stole warsztatowym usłyszał dziwny, płynny dźwięk przypominający ludzkie "waaah".
Plunkett nie wiedział jeszcze, że właśnie odkrył brzmienie, które zdefiniuje nadchodzącą dekadę. Początkowo nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby podłączyć do tego urządzenia gitarę. Inżynier sprawdził układ na organach Vox Continental i uznał, że efekt do złudzenia przypomina trąbkę z założonym tłumikiem. Żeby ułatwić obsługę urządzenia, zamontował całą elektronikę w obudowie pedału głośności od organów, używając do tego części od saksofonu i kawałków gumy. Tak narodził się pierwszy prototyp słynnej kaczki, choć wtedy nazywano ją zupełnie inaczej.
Clyde McCoy i szczekający pies prezesa firmy
Mimo że wynalazek był technicznie udany, szefostwo firmy Thomas Organ Company wcale nie było zachwycone pomysłem używania go przez gitarzystów. Kiedy muzyk sesyjny Del Casher podłączył do prototypu swoją gitarę i pokazał efekt prezesowi Joe Benaronowi, ten zareagował alergicznie. Stwierdził, że instrument brzmi teraz fatalnie i kategorycznie zabronił promowania pedału jako akcesorium gitarowego. Zarząd uparł się, że urządzenie ma służyć trębaczom i klawiszowcom, bo to ich instrumenty miały dzięki temu brzmieć nowocześnie.
Joe Benaron stwierdził, że to brzmi okropnie, jak szczekający pies i zakazał promowania tego jako efektu gitarowego, upierając się przy rynku instrumentów dętych i klawiszowych – tak kulisy tej decyzji wspominano w dokumencie "Cry Baby: The Pedal That Rocks The World"
Aby przyciągnąć muzyków dętych, firma wykupiła licencję na nazwisko Clyde’a McCoya. Był to popularny jazzowy trębacz, który słynął z charakterystycznego "kwakania" na swoim instrumencie. Pierwsze egzemplarze efektu miały nawet wygrawerowaną twarz McCoya na spodzie obudowy. To wielki paradoks historii, bo jazzman zarobił prawdopodobnie więcej pieniędzy na tantiemach od sprzedaży pedału dla gitarzystów rockowych niż na całej swojej karierze muzycznej, choć sam z projektem miał niewiele wspólnego.
Frank Zappa jako łącznik między techniką a Hendrixem
Przełom nastąpił dzięki Frankowi Zappie, który jako jeden z pierwszych dostrzegł w kaczce ogromny potencjał. Zappa usłyszał efekt w studiu w Hollywood, gdzie demonstrował go Del Casher, i natychmiast zapragnął mieć takie urządzenie w swoim arsenale. Nie ograniczał się tylko do gitary, bo przepuszczał przez wah-wah również sekcje dęte, a nawet wokale w swoim zespole The Mothers of Invention. To właśnie on stał się głównym promotorem nowej technologii i to prawdopodobnie on podczas pobytu w Londynie pokazał pedał wah-wah Jimiemu Hendrixowi oraz Ericowi Claptonowi. Obaj giganci niemal od razu oszaleli na punkcie tego brzmienia. Clapton wykorzystał je w hicie "Tales of Brave Ulysses" zespołu Cream, a Hendrix stworzył za jego pomocą legendarne "Voodoo Child (Slight Return)", które na zawsze zdefiniowało rolę kaczki w rocku.
Kultowe brzmienie i kontrowersje wokół patentu
Choć dziś nikt nie wyobraża sobie muzyki rockowej bez wah-wah, przez lata toczyły się spory o to, kto tak naprawdę je wynalazł. Oficjalny patent należy do Brada Plunketta, ale Del Casher do końca życia podkreślał swoją rolę w przystosowaniu układu do potrzeb gitarzystów elektrycznych. Warto też wspomnieć o legendzie country Checie Atkinsie, który już na przełomie lat 50. i 60. eksperymentował z podobnymi rozwiązaniami. Jednak to konstrukcja Plunketta miała ten specyficzny, aktywny rezonans, który tak pokochali fani mocnych brzmień na całym świecie.
Ciekawostką jest również fakt, że kiedy produkcja ruszyła na pełną skalę, przeniesiono ją do Włoch. Fabryka znajdowała się w regionie kontrolowanym przez lokalne grupy przestępcze, co prowadziło do absurdalnych sytuacji. Inżynierowie Voxa wspominali po latach, że transporty gotowych pedałów czasami znikały w tajemniczych okolicznościach lub wymagały opłacenia dodatkowych haraczy miejscowym biznesmenom, aby mogły bezpiecznie opuścić teren zakładu i trafić do sklepów muzycznych.