Mechanizm ukryty w ciężkiej szafie. Jak działał Mellotron?
Mellotron, który zdobył popularność w latach 60. i 70., był w rzeczywistości całkowicie analogowym, elektromechanicznym protoplastą dzisiejszych samplerów. Urządzenie to przypominało ogromną i niezwykle ciężką komodę, która w swojej najstarszej wersji, znanej jako Mark II, ważyła około 160 kg. Zasada jego działania była niezwykle skomplikowana i fizyczna. Pod każdym klawiszem znajdowała się osobna taśma magnetyczna o długości około metra, na której nagrano prawdziwe dźwięki instrumentów, takich jak flety, chóry czy smyczki. W momencie naciśnięcia klawisza specjalna rolka dociskała taśmę do obracającego się wałka, a ta przesuwała się nad głowicą odtwarzającą. Gdy muzyk puszczał klawisz, system sprężyn gwałtownie wciągał taśmę z powrotem na miejsce.
Ta prymitywna konstrukcja narzucała muzykom ogromne ograniczenia techniczne. Ponieważ taśma miała określoną długość, jeden dźwięk mógł trwać maksymalnie około 8 sekund. Po tym czasie mechanizm po prostu się kończył i muzyk musiał puścić klawisz, by system mógł go zresetować. Aby utrzymać dłuższe brzmienie akordu, instrumentaliści musieli wypracować specyficzny, pulsujący sposób gry, nazywany czasem „pełzającym”. To właśnie to wymuszone ograniczenie nadało kompozycjom z tamtego okresu ich charakterystyczny, majestatyczny i nieco rwany rytm, którego nie dałoby się uzyskać na żadnym innym instrumencie klawiszowym.
The Beatles i słynne flety ze studia. „Strawberry Fields Forever” powstało dzięki wadom sprzętu
Najbardziej znanym przykładem wykorzystania Mellotronu w historii popkultury jest utwór „Strawberry Fields Forever” zespołu The Beatles. Słynne, oniryczne solo fletów, które otwiera ten kawałek, nie zostało wykonane przez orkiestrę, lecz przez Paula McCartneya przy użyciu Mellotronu. Instrument ten trafił do rąk muzyków w 1965 roku i szybko stał się ich ulubioną zabawką w studio. Dzięki temu, że mechanizm odtwarzania taśm nigdy nie był idealnie stabilny, dźwięk delikatnie „pływał” i falował. To zjawisko, technicznie będące błędem konstrukcyjnym, nadało piosence specyficzny, psychodeliczny i nieco narkotyczny klimat, który zdefiniował całą epokę muzyki rockowej.
To był bardzo ciekawy instrument, choć potwornie trudny do opanowania. Wcisnąłeś jeden klawisz i miałeś całą orkiestrę, ale ta orkiestra nigdy nie brzmiała tak, jak powinna – przyznał po latach jeden z techników pracujących w studio Abbey Road.
Innym ciekawym przykładem z twórczości The Beatles jest utwór „The Continuing Story of Bungalow Bill”, który znajduje się na słynnym „Białym Albumie”. Piosenka zaczyna się od hiszpańskiego solo na gitarze akustycznej, którego w rzeczywistości nie zagrał żaden z członków zespołu. Był to po prostu gotowy fragment nagrania, tak zwany loop, przypisany fabrycznie do jednego z klawiszy Mellotronu. Zespół po prostu nacisnął przycisk, wykorzystując gotowy element z biblioteki dźwięków maszyny, co w tamtych czasach było uznawane za szczyt innowacji technologicznej.
Płonący sprzęt i walka o nastrojenie. Dlaczego Rick Wakeman podpalił swój instrument?
Mimo ogromnych możliwości brzmieniowych, Mellotron był dla muzyków prawdziwym koszmarem logistycznym i technicznym. Instrument był niezwykle wrażliwy na warunki atmosferyczne i jakość prądu w sieci. Jeśli napięcie na sali koncertowej spadało, silnik napędzający taśmy zwalniał, co sprawiało, że dźwięk instrumentu drastycznie opadał w dół. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji, w których cały zespół musiał przestrajać swoje gitary i basy do rozstrojonego Mellotronu, ponieważ nastrojenie samej maszyny w trakcie koncertu było praktycznie niemożliwe. Dodatkowo, przy zbyt gwałtownej grze, taśmy wewnątrz obudowy plątały się w ogromne supły, co wymuszało na technikach ręczne rozplątywanie mechanizmu na oczach publiczności.
Frustracja związana z awaryjnością tego sprzętu doprowadziła do jednej z najsłynniejszych anegdot w historii rocka. Rick Wakeman, legendarny klawiszowiec zespołu Yes, miał tak serdecznie dość ciągłego zrywania się taśm podczas solówek, że podczas trasy w Stanach Zjednoczonych kazał wynieść jeden ze swoich egzemplarzy na pole. Tam technicy polali instrument benzyną i podpalili go na oczach rozbawionego muzyka.
To był najjaśniejszy i najgorętszy moment w karierze tej maszyny – stwierdził Rick Wakeman, wspominając to zdarzenie ze śmiechem w swojej autobiografii.
Brudna ściana dźwięku. Jak King Crimson i Genesis budowali mrok
W latach 70. Mellotron stał się fundamentem rocka progresywnego. Zespoły takie jak King Crimson czy Genesis nie szukały w nim idealnego odwzorowania instrumentów orkiestrowych, lecz wykorzystywały jego „brudne” i potężne brzmienie. Na płycie „In the Court of the Crimson King” z 1969 roku Robert Fripp i Ian McDonald użyli Mellotronu do stworzenia apokaliptycznej ściany dźwięku, która stała się znakiem rozpoznawczym gatunku. Szumy, wibracje i naturalne zniekształcenia taśm sprawiały, że brzmienia dęte i smyczkowe nabierały mrocznego, niemal groźnego charakteru, idealnie pasującego do skomplikowanych kompozycji grupy.
Z kolei Tony Banks z zespołu Genesis wykorzystał ten instrument do stworzenia jednego z najbardziej ikonicznych wstępów w historii rocka w utworze „Watcher of the Skies”. Banks odkupił używany model od muzyków King Crimson i musiał dosłownie siłować się z oporną klawiaturą, aby wydobyć z niej pożądane akordy. Aby zabezpieczyć się przed wilgocią, która powodowała ślizganie się taśm, technicy często trzymali kasety z nagraniami w prowizorycznych piecykach przed wejściem na scenę. To poświęcenie pozwoliło stworzyć brzmienie, które do dziś jest uznawane za jeden z najbardziej klimatycznych elementów w historii muzyki rockowej.