Nuda w „Rehearsal Rehearsals” i pechowe strzały na dachu w Camden
Pod koniec marca 1978 roku zespół The Clash spędzał całe dnie w swojej bazie nazywanej „Rehearsal Rehearsals”. Był to surowy magazyn zlokalizowany w starych budynkach kolejowych w londyńskiej dzielnicy Camden Town. Muzycy często godzinami czekali na swojego menedżera, Berniego Rhodesa, co rodziło frustrację i skrajną nudę. 30 marca basista Paul Simonon oraz perkusista Topper Headon postanowili znaleźć sobie dość prymitywną rozrywkę. Wyciągnęli wiatrówkę, która należała do jednego z technicznych, i weszli na dach budynku, by postrzelać do ptaków.
Muzycy mierzyli do stada gołębi siadających na torowisku i przelatujących nad węzłem kolejowym. Nie mieli pojęcia, że nie są to zwykłe miejskie ptaki, ale bardzo cenne gołębie wyścigowe należące do lokalnego hodowcy. Właściciel ptaków szybko zorientował się, że ktoś zabija jego czempiony i wezwał pomoc. Widok dwóch mężczyzn w skórzanych kurtkach, biegających po dachu strategicznego obiektu kolejowego z bronią długą, wywołał natychmiastową reakcję służb. W tamtym czasie Londyn żył w strachu przed zamachami IRA, więc zgłoszenie potraktowano priorytetowo.
Antyterroryści kontra punkowcy. Jak pomylono muzyków z bojownikami IRA
Zamiast zwykłego patrolu dzielnicowego, pod budynek przyjechała uzbrojona po zęby jednostka antyterrorystyczna. Nad głowami muzyków pojawił się policyjny helikopter, a okoliczne ulice zostały odcięte. Policjanci z wyciągniętą bronią palną wtargnęli na dach i do sali prób, celując prosto w zdezorientowanych punkowców. Funkcjonariusze byli przekonani, że mają do czynienia z komórką terrorystyczną planującą atak na infrastrukturę British Rail.
Policjanci byli gotowi zabić, dopóki nie zorientowali się, że mają do czynienia z ubranymi w skórzane kurtki punkami z wiatrówką – wspominał po latach Topper Headon w filmie dokumentalnym „The Clash: Westway to the World”
Sytuacja była napięta do momentu, gdy mundurowi sprawdzili rodzaj broni używanej przez Simona i Headona. Choć zagrożenie terrorystyczne szybko wykluczono, muzycy i tak trafili w kajdankach na posterunek policji przy Holmes Road. Spędzili noc w celi, a rano usłyszeli zarzuty niszczenia mienia, nieodpowiedzialnego użycia broni oraz okrucieństwa wobec zwierząt.
Grzywny, pusty portfel i wściekłość Joe Strummera
Konsekwencje finansowe tego wybryku okazały się dla muzyków druzgocące. Hodowca gołębi, wyczuwając okazję do zarobku, twierdził, że zastrzelone ptaki były rzadkimi okazami i nagradzanymi czempionami. Sąd nakazał muzykom zapłacenie grzywny i odszkodowania w łącznej kwocie około 800 funtów. Choć The Clash mieli kontrakt z wielką wytwórnią, ich realne dochody były marne. Menedżer Bernie Rhodes wypłacał im „kieszonkowe” w wysokości zaledwie 25 funtów tygodniowo. Wściekły na głupotę swoich podopiecznych, potrącał im koszty kary z tych pensji, co na kilka miesięcy wpędziło Paula i Toppera w skrajną biedę.
Incydent wywołał też poważny zgrzyt wewnątrz zespołu. Joe Strummer oraz Mick Jones nie brali udziału w strzelaniu i byli zażenowani zachowaniem kolegów. Strummer uważał, że taki szczeniacki wybryk psuje wizerunek The Clash jako kapeli zaangażowanej politycznie i poważnie traktującej swoje przesłanie. Brytyjska prasa muzyczna szybko podłapała temat, wytykając autorom piosenki "White Riot", że zamiast walczyć z systemem, zostali aresztowani za ustrzelenie kilku ptaków.
Amerykańska trasa „Pearl Harbour '79” stanęła pod znakiem zapytania
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Na początku 1979 roku The Clash planowali swoją pierwszą wielką trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych pod nazwą „Pearl Harbour '79”. Aby wjechać do USA, muzycy musieli uzyskać wizy pracownicze. Ambasada amerykańska bardzo restrykcyjnie podchodziła do osób z wyrokami karnymi, a w aktach Simona i Headona figurowały zapisy o „użyciu broni” i „zniszczeniu mienia”. Początkowo ich wnioski zostały odrzucone, co mogło oznaczać koniec marzeń o karierze za oceanem.
Prawnicy wytwórni CBS musieli stoczyć prawdziwą batalię urzędową, by odkręcić tę sytuację. Wysyłano dziesiątki pism wyjaśniających, że incydent nie był aktem terroryzmu, lecz idiotycznym żartem dwudziestolatków z użyciem zabawkowego karabinka. Ostatecznie, rzutem na taśmę, wizy przyznano, a trasa mogła się odbyć. Co ciekawe, Paul Simonon twierdził później, że wizyta w areszcie miała jeden plus – mógł z bliska przyjrzeć się policyjnym mundurom, co zainspirowało go do dodania pagonów i wojskowych elementów do scenicznych strojów zespołu.