Witaj w komorze pełnej ekscytujących dźwięków. Oto recenzja Dopamine Chamber od Fontaines D.C.
Artur Rojek trafił idealnie w moment, aby zaprosić Fontaines D.C. na OFF Festival w 2025 roku w roli headlinera. Zespół wówczas powrócił do Katowic po siedmiu latach przerwy. W 2018 grupa dowodzona przez wokalistę Griana Chattena nie miała jeszcze na koncie ani jednego albumu. Za drugim razem przyjechała już w roli gwiazdy. Do tego etapu doszła w tempie godnym podziwu. Dziś niewątpliwie byliby już nieosiągalni dla byłego lidera Myslovitz pod kątem finansowym. Fontaines D.C. wyprzedają spore areny bez większych problemów (lada moment koncert w Łodzi), a na festiwalowych plakatach nazwa ta jest umieszczana w pierwszych rzędach.
Album Romance z 2024, który otworzył im szerzej drzwi do mainstreamu, mógł sprawić, że wewnątrz zespołu nastąpiłoby pewnego rodzaju rozprężenie. Formułę, która zapewniła im zarówno sukces komercyjny, jak i artystyczny, można było przecież powtórzyć. Zwłaszcza w momencie, kiedy kolejna płyta ukazuje się zaledwie dwa lata później, a w międzyczasie gra się sporo koncertów. Przy okazji wspomnianego wydawnictwa członkowie Fontaines D.C. udowodnili, że bez większych problemów potrafią ściągnąć ciasny, post-punkowy gorset na rzecz kreacji, która robi większe wrażenie, ponieważ posiada wiele pasujących do siebie elementów. Na Dopamine Chamber, piątym dziele w dyskografii, mamy do czynienia z rozwinięciem wspomnianej drogi. Zespół zmierza w kierunku jeszcze mroczniejszego brzmienia, w którym elektronika została wyeksponowana na wierzch.
Album gęsty i klimatyczny
Tytułowa "komora dopaminy" to metafora współczesnego natłoku bodźców i sztucznie wywoływanych emocji, z których Chatten uczynił motyw przewodni swoich tekściarskich obserwacji. Wokalista Fontaines D.C., w poszukiwaniu lirycznych inspiracji, odwiedził Wenecję, Wiedeń oraz Sycylię. Cały ten proces nazwał "bardzo krótką, skondensowaną podróż pisarską". Materiał na Dopamine Chamber został z kolei zarejestrowany w Londynie, na angielskiej wsi oraz w Palermo pod czujnym okiem Jamesa Forda, który był odpowiedzialny za dwa poprzednie studyjne wydawnictwa irlandzkiej grupy. Skoro nic w tym zakresie się nie zmienia, to oznacza że na linii grupa-producent wszystko działa jak należy. Dobra atmosfera przekłada się niewątpliwie na udane kompozycje.
Muzycy Fontaines D.C., zamiast prostego, głośnego gitarowego ataku, od którego zaczynali, zabierają słuchacza do krainy, gdzie rządzą syntetyczne, chłodne i wyrafinowane dźwięki. Udało połączyć się duszność z przestrzenią rodem z płyt The Cure (You Miss Me) czy trip-hopem serwowanym przez Massive Attack (Tongue). W efekcie Dopamine Chamber to album gęsty i klimatyczny od pierwszej do ostatniej sekundy. Udowadnia to już otwierający Six Shot Morning. Witają nas automat perkusyjny oraz surowy bas. Całość pulsuje od futurystycznych syntezatorów, a klimat przypomina miejską bezsenność. Nastrój jest odpowiednio budowany, a utwór wprowadza w swego rodzaju trans. Poprzeczka już na samym początku została postawiona wysoko. Dalej nie jest bynajmniej gorzej. Pierwszy singiel, Marianne, to rzecz z tych uzależniających. Kto raz usłyszy, ten nie będzie mógł się oderwać. Od razu wszedł do czołówki najlepszych utworów FDC. Nimesis wiele zawdzięcza kultowej formacji New Order i… po prostu wwierca się w głowę. To dwa najbardziej przebojowe momenty na albumie, które pokochają wszyscy fani synthpopu. Jestem tego pewien!
Mrok skąpi narastający Happy For You. Coś tli się w środku, ale erupcja następuje dopiero pod sam koniec. Panowie atakują z każdej ze strony i puszczają oko do osób tęskniących za "najntisami". Demolition ubrany jest w brudne, industrialne syntezatory i liczne przestery, a refren jest odpowiednio potężny. Wytypowany także do promocji Tongue to taki łącznik między pierwszą a drugą częścią Dopamine Chamber. Napędza go perkusja, a niepokojący klimat podkreśla jeszcze mocniej fortepianowa wstawka i wyrzucający z siebie słowa Grian Chatten.
Ukryty niepokój
Od numeru siedem album jest zdecydowanie spokojniejszy. Największe wrażenie robi Where is Gone?, w którym gościnnie zaśpiewała Rosalía. Charakterystyczny baryton wokalisty Fontaines D.C. zestawiono tu z kojącym, ale też tajemniczym śpiewem gwiazdy muzyki hiszpańskiej. Oboje wymieniają się zwrotkami, by następnie połączyć siły w przejmującym refrenie. Ten numer, podbity smyczkami, idealnie sprawdziłby się jako motyw przewodni do nadchodzącego filmu o Jamesie Bondzie. Dodam tylko, że od pierwszego zetknięcia ten duet kojarzy mi się z Kylie Minogue i Nickiem Cave’em. I nic na to nie poradzę.
One Man, z gitarą akustyczną, daje chwilę oddechu i pozwala zebrać myśli po intensywniejszych doznaniach. Przenosi nas do krainy dreampopowej, którą grupa zresztą chętnie eksplorowała na Romance. Pod koniec emocje na Dopamine Chamber trochę opadają. Ani Japan, ani Intimate nie wywołują u mnie szybszego bicia serca, choć pierwsza z wymienionych kompozycji ma w sobie sporo uroku i zyskuje przy bliższym poznaniu.
Dopamine Chamber to album, który nie dostarcza serii natychmiastowych przebojów. Jego siła leży w atmosferze, w sposobie budowania napięcia i w kontraście pomiędzy atrakcyjnymi motywami a niepokojem ukrytym pod powierzchnią. Czy to najlepsze wydawnictwo sygnowane przez grupę? Moim zdaniem nie, ale dyskografia Fontaines D.C. jest, cały czas, piekielnie mocna. Nic więc dziwnego, że w przestrzeni medialnej pojawiają się hasła, że to najlepszy (i największy) irlandzki zespół od czasów U2. Nie każdy pewnie w tym momencie przytaknie, ale ja podpisuje się pod tym stwierdzeniem i wątpliwości żadnych nie mam.
Najlepsze utwory z albumu: Six Shot Morning, Marianne, Mimesis, Tongue, Where is Gone?
Ocena: 9/10