Blake Judd przyznał sobie "boskie prawo do bycia naćpanym". Rachunek był brutalny

2026-06-29 9:05

Miał odwagę, by wstrzyknąć psychodeliczny luz w blackmetalową ortodoksję, drażniąc purystów i zdobywając rozgłos. Nie wiedział jednak, że rockandrollowy sen, za którym tak gonił, ma swoją cenę płaconą w ciemności, daleko od scenicznych świateł.

Blake Judd, lider zespołu Nachtmystium, z długimi włosami zasłaniającymi twarz, w kamizelce na scenie pełnej zielonych świateł i dymu. To symbol rockandrollowego snu, o którym przeczytasz więcej na naszym portalu.
Autor: Christian Misje/ CC BY-SA 3.0
Najlepsze zagraniczne albumy rock i metal 2025

Są takie historie, które piszą się same, napędzane młodzieńczą wiarą w to, że gitara jest paszportem do innego, lepszego świata. Świata bez nudy przedmieść, bez zwykłej pracy, za to pełnego świateł, tras koncertowych i okładek magazynów. W drugiej klasie podstawówki zobaczył na żywo The Allman Brothers Band i ten obraz został z nim na zawsze. To był ten moment, ten rockandrollowy mit założycielski, który pchnął go w stronę muzyki. Blake Judd, lata później, ubrał to w słowa, które brzmią jak echo marzeń każdego nastolatka z gitarą w ręku, zanim jeszcze pozna się cenę tych marzeń.

Moje priorytety jako muzyka są teraz zupełnie inne niż wtedy, gdy byłem dzieckiem. Każdy chce być gwiazdą rocka i ja też tego chciałem; chciałem być na okładkach magazynów, podróżować po świecie i czerpać z tego wszystkiego radość.

Judd nie był kolejnym chłopakiem, który bezrefleksyjnie kopiował swoich idoli. Założone w piwnicy rodziców Nachtmystium szybko przestało być prostym, blackmetalowym projektem. Gdy inni z uporem trzymali się surowych, skandynawskich wzorców, on zaczął przemycać do swojej muzyki psychodeliczne odloty w duchu Pink Floyd. To był jego bunt w buncie. Drażnił purystów, którzy uważali, że black metal nie może pachnieć niczym innym niż siarką i mrozem. Jego muzyka była brudna, ale jednocześnie miała w sobie przestrzeń, jakiś dziwny, narkotyczny posmak, który wyróżniał go na tle sceny. Płyty takie jak „Assassins: Black Meddle, Part I” czy „Addicts: Black Meddle, Part II” były tego najlepszym dowodem. To nie była już tylko muzyka, to był styl życia. A rockandrollowy styl życia, jak wiadomo, potrafi być biletem w jedną stronę do piekła.

Co poszło nie tak z rockandrollowym snem Blake'a Judda?

Marzenie o byciu gwiazdą rocka ma to do siebie, że nie uwzględnia brutalnych realiów. Judd w pewnym momencie uwierzył, że bycie na scenie daje mu coś więcej niż tylko poklask fanów. W jednym z wywiadów przyznał, że w jego głowie utrwalił się niebezpieczny schemat: „Jeśli byłem gwiazdą rocka, to miałem boskie prawo do bycia naćpanym”. Ten toksyczny syllogizm stał się jego mantrą i usprawiedliwieniem dla rosnącego uzależnienia od heroiny, które zaczęło się niewinnie – od leków przeciwbólowych przepisanych po kontuzji nogi. Z każdym kolejnym rokiem, z każdą trasą koncertową, nałóg zaciskał swoją pętlę coraz mocniej, a muzyka, która miała być ucieczką, stała się częścią problemu.

Fasada zaczęła pękać. Najpierw cicho, potem z hukiem, który odbił się echem w całym metalowym podziemiu. W 2013 roku sen się skończył. Judd został aresztowany za kradzież gitary współlokatora, którą zastawił, by zdobyć pieniądze na kolejną działkę. To był moment, w którym prywatny dramat stał się publicznym upokorzeniem. Rockandrollowy blichtr zamienił się w policyjne zdjęcie, a okładki magazynów w nagłówki o kradzieży i upadku.

Gdy scena wystawia rachunek, nie ma taryfy ulgowej

Upadek był bolesny i, co gorsza, publiczny. Na jaw zaczęły wychodzić kolejne problemy. Fani oskarżali go o oszustwa – przyjmowanie zamówień na płyty i koszulki, które nigdy nie zostały wysłane. Pieniądze znikały, zasilając nałóg, a zaufanie, na którym zbudowana jest cała undergroundowa scena, legło w gruzach. Głos zabrali nawet jego przyjaciele i współpracownicy. Neill „Imperial” Jameson z Krieg, bliski kolega Judda, w gorzkim artykule dla „Vice” opisał, jak był świadkiem jego powolnego samounicestwienia i jak sam był przez niego oszukiwany. To nie były już plotki, to były świadectwa zdrady rzucane przez tych, którzy stali najbliżej.

Wytwórnia Century Media Records, która wcześniej opłaciła mu odwyk, ostatecznie zerwała z nim współpracę. Społeczność, która go wyniosła, teraz go odrzuciła. To był ostateczny upadek. Mężczyzna, który chciał być na okładkach, wylądował na dnie, bez zespołu, bez pieniędzy, z reputacją zrujnowaną być może na zawsze. Nachtmystium, projekt jego życia, zostało rozwiązane w 2014 roku, a on sam zniknął ze sceny, by stoczyć walkę, której nie da się wygrać przy blasku reflektorów.

Blizny, które zostają po psychodelicznym locie

Po latach ciszy i walki z demonami, Judd próbował wracać. Były reaktywacje Nachtmystium, obietnice naprawienia krzywd, publiczne przeprosiny i próby zadośćuczynienia oszukanym fanom. W 2024 roku ukazał się nawet nowy album. Ale to już nie była ta sama historia. Dziecięce marzenie o sławie, podróżach i beztrosce dawno umarło, zastąpione przez twardą, dorosłą świadomość konsekwencji. Ironią losu, człowiek, który tak głęboko zanurzył się w mrocznej stronie rockandrollowego mitu, w pewnym momencie zapragnął zostać licencjonowanym terapeutą uzależnień.

Historia Blake’a Judda to coś więcej niż biografia muzyka. To opowieść o tym, jak cienka jest granica między artystyczną kreacją a autodestrukcją. I jak marzenie o byciu gwiazdą rocka, to niewinne pragnienie z dzieciństwa, może w jednej chwili zamienić się w scenariusz na własny upadek, z którego powrót jest trudniejszy niż nagranie jakiejkolwiek płyty.

Galeria: Oto najlepsze metalowe albumy z lat 90. według sztucznej inteligencji [TOP10]