Scena była już gotowa. Połowa lat 90. to był ich czas – trzech chłopaków z Kalifornii, którzy punk rocka z piwnicy przenieśli na szczyty list przebojów i playlisty MTV. Świat oszalał na punkcie Green Day, a album "Dookie" stał się ścieżką dźwiękową dorastania dla milionów. Nagle proste, gitarowe piosenki o nudzie, frustracji i pierwszych miłościach katapultowały ich na orbitę, o której punkowe zespoły z Bay Area mogły co najwyżej śpiewać w ironicznych tekstach. Stali się ikonami, twarzami buntu w kolorowej, popowej ramce. A bycie ikoną to praca na pełen etat, bez urlopów i taryfy ulgowej. Gdzieś na tej drodze, pośród platynowych płyt i wyprzedanych stadionów, padły słowa, które brzmią jak gorzkie, ale konieczne otrzeźwienie.
Nie da się żyć na planecie gwiazd rocka 24 godziny na dobę; trzeba zejść na ziemię, pobrudzić sobie ręce i trochę się zabawić.
Ta wypowiedź, rzucona przez Billie Joe Armstronga, nie była tylko chwytliwym bon motem dla prasy. Była esencją problemu, z którym mierzył się nie tylko on, ale całe pokolenia muzyków przed nim. To manifest normalności w świecie, który normalności organicznie nie znosi. Rock'n'rollowa mitologia karmi się przecież ekscesem, wieczną imprezą i wizerunkiem artysty zawieszonego gdzieś pomiędzy sceną a hotelem. Armstrong, chłopak z robotniczej rodziny w Rodeo, którego ojciec był kierowcą ciężarówki, a matka kelnerką, zrozumiał to boleśnie wcześnie. Zrozumiał, że kostium gwiazdy rocka, noszony zbyt długo, zaczyna wrastać w skórę.
Planeta gwiazd rocka, czyli bilet w jedną stronę?
Pierwsze pęknięcia w lśniącej fasadzie pojawiły się szybciej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Już pod koniec lat 90., w okolicach albumu "Nimrod", Armstrong przyznawał po latach, że próbował walczyć z nałogami. Sukces "Dookie" był jak punkrockowy granat rzucony w sam środek mainstreamu, a jego odłamki raniły również tych, którzy go odpalili. Presja nagrania następcy, niekończące się trasy, oczekiwania fanów i wytwórni – to wszystko budowało ciśnienie, które trzeba było jakoś rozładować.
Dla wielu ucieczką stawał się alkohol i narkotyki, paliwo napędzające machinę rockowego mitu. Ale Armstrong, choć niewątpliwie korzystał z uroków życia gwiazdy, podskórnie czuł, że ta droga prowadzi donikąd. Jego „brudzenie sobie rąk” przybierało różne formy – zakładał z przyjaciółmi poboczne, garażowe projekty jak Pinhead Gunpowder, angażował się w produkcję albumów innych kapel, założył nawet własną wytwórnię Adeline Records. To nie były ruchy obliczone na zysk, a próby ucieczki. Powroty do korzeni, do czasów, gdy muzyka była zabawą, a nie globalnym biznesem.
Czego nie pokazał w telewizji Billie Joe Armstrong
Wszystko, co latami bulgotało pod powierzchnią, znalazło swój finał we wrześniu 2012 roku. Występ Green Day na iHeartRadio Music Festival w Las Vegas miał być kolejnym punktem promocyjnym przed premierą trylogii albumów "¡Uno!", "¡Dos!", "¡Tré!". Zamiast tego stał się publicznym świadectwem wypalenia i spektakularną implozją na oczach milionów. Gdy Armstrong zorientował się, że organizatorzy skracają ich set, wpadł w furię. Jego wściekły monolog, w którym krzyczał, że nie jest Justinem Bieberem, a na scenie jest od 1988 roku, zakończył się roztrzaskaniem gitary i zejściem z estrady. Kilka dni później świat obiegła informacja, że wokalista udaje się na odwyk. To było to. Brutalne zejście na ziemię, o którym sam mówił. Moment, w którym planeta gwiazd rocka okazała się miejscem toksycznym i niezdatnym do życia. Późniejsze, szczere wywiady odsłoniły prawdę o długoletniej walce z uzależnieniem od alkoholu i leków na receptę. Czy incydent w Las Vegas był kaprysem rozwydrzonej gwiazdy? Raczej krzykiem o pomoc człowieka, który stracił kontrolę.
Zejść na ziemię, żeby nie spaść z nieba
Historia Armstronga po tym incydencie to fascynujący przykład realizacji jego własnych słów. Przerwa, terapia i powrót na scenę były tylko częścią procesu. Równie ważne okazało się to, co robił poza Green Day. Otworzył z przyjacielem sklep z gitarami w Oakland. Założył firmę sprzedającą kawę. Grał w filmach, pisał muzykę do rockowego musicalu, nagrał album z Norah Jones z piosenkami The Everly Brothers. Każda z tych aktywności była formą „brudzenia sobie rąk”. Była dowodem na to, że można być globalną gwiazdą rocka i jednocześnie rzemieślnikiem, przedsiębiorcą, aktorem, ojcem i sąsiadem. Że prawdziwa siła nie leży w podtrzymywaniu mitu niezniszczalnego rockmana, ale w umiejętności zdjęcia scenicznego kostiumu i bycia po prostu człowiekiem. Tego właśnie uczy historia lidera Green Day. Planeta gwiazd rocka to świetne miejsce na koncert, ale fatalne do życia. Czasem trzeba z niej zsiąść, żeby nie spaść na zawsze.