Spis treści
Lata 90. zdaniem wielu fanów polskiej muzyki były prawdziwą złotą erą. Na scenie muzycznej pojawiło się wiele świeżych talentów, jak i w ogóle gatunków. Do jednego z największych fenomenów tamtej dekady zalicza się zespół Myslovitz, który podbił Polskę przede wszystkim albumem "Miłość w czasach popkultury" z 1999 roku. Po ponad ćwierćwieczu były wokalista grupy Artur Rojek przyznał, że na początku kariery podpisał wraz z kolegami bardzo niekorzystną umowę.
Artur Rojek podpisał niekorzystne kontrakty. Wspomina zespół, które nic nie zarabiał na hitach
W niedawnej rozmowie z serwisem "Wirtualna Polska" jeden z najbardziej cenionych polskich muzyków opowiedział o cieniach swojej kariery od chociażby strony formalnej. W kontekście młodych artystów podpisujących nie do końca korzystne dla siebie umowy z firmami fonograficznymi, Artur Rojek przyznał, że sam z zespołem Myslovitz podpisał taki kontrakt, a w ogóle w karierze zrobił to dwukrotnie.
W wywiadach na temat lat 90. również inne artystki, takie jak Justyna Steczkowska czy Anita Lipnicka, wspominały o bardzo słabych zarobkach z wydawanych wtedy przebojów. Współtwórca Myslovitz przyznał, że zna nawet przypadek zespołu, który nie otrzymywał w ogóle wynagrodzenia za sprzedaż płyt.
"Byłem bardzo młody, nieprzygotowany od strony prawnej, działający ultraemocjonalnie. W związku z tym, że byliśmy z małego miasta, mieliśmy bardzo fajne pomysły, ale nie do końca chyba byliśmy przekonani o tym, że to wszystko jest super, więc... kiedy ktoś nam zaoferował podpisanie kontraktu, myśleliśmy, że zostaliśmy ultrawyróżnieni i to trzeba podpisywać w ciemno, bo taka druga okazja się nie zdarzy" - ocenił.
"Spotkałem się też z takim zespołem, któremu zabierano wszystko. Takie kontrakty też były. Mówię tutaj o procencie z płyty, bo koncerty im zostawiano, chociaż też wytwórnia kładła rękę" - dodał.
Młodzi artyści są nieprzygotowani do zawierania umów? Artysta szczerze o zwycięzcach talent show
W tym samym wywiadzie Artur Rojek przyznał, że współcześnie to nie kontrakty muszą być problemem dla artystów, ale brak przygotowania do ich odpowiedzialnego zawierania. Szczególnie dotyczy to zwycięzców programów typu talent show, w których często umowa na wydanie debiutanckiej płyty stanowi jedną z głównych nagród.
"Programy tego typu zawsze są związane z jakimiś konsekwencjami, bo przy tych programach są wytwórnie płytowe, a te wytwórnie od razu - niektóre z nich - mają pierwszeństwo w podpisywaniu kontraktów. [...] To nie jest tak, że te kontrakty są niewłaściwe czy złe, tylko że wielu z tych młodych artystów, kiedy wygrywa taki problem, nie jest do końca przygotowanych na to, żeby podchodzić do podpisywania kontraktów. To znaczy: oni podchodzą nieprzygotowani" - wyjaśnił.
"Może teraz to się powoli zmienia... U nas panowało takie przeświadczenie, że bycie artystą to jest tylko i wyłącznie rock'n'roll, to nie jest biznes. Odwrotnie było w Stanach" - dodał.