Jest rok 1978, a KISS to już nie zespół. To globalna marka, merchandisingowe imperium, armia pomalowanych twarzy, której członkowie są bogami kroczącymi po Ziemi w butach na platformach. Z zewnątrz monolit, machina nie do zatrzymania. Ale w środku, w tym rozpędzonym do granic możliwości rock'n'rollowym organizmie, coś zaczynało trzeszczeć. Narastały napięcia, puchły artystyczne ego, a twórcza energia szukała ujścia poza sztywnymi ramami zespołu. To właśnie w tym tyglu narodziła się jedna z najbardziej znamiennych wypowiedzi w karierze gitarzysty solowego formacji, Ace’a Frehleya.
Wiedziałem, że jestem stworzony, by zostać gwiazdą rocka. Po prostu to wiedziałem, tak jakbym zawsze miał dar przewidywania przyszłości. Teraz czuję się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy skończyłem miksować mój pierwszy solowy album „New York Groove”.
Ta pewność siebie, granicząca z arogancją, nie była jedynie pustym frazesem rzuconym na wiatr. To była esencja Space Ace'a – chłopaka z Bronxu, który kiedyś należał do ulicznego gangu, a na przesłuchanie do KISS przyszedł w dwóch różnych trampkach, czerwonym i pomarańczowym. Zawsze był osobny, nieprzewidywalny i, co najważniejsze, przekonany o własnej wyjątkowości.
Jeden za wszystkich, czy każdy za siebie?
Pomysł, by każdy z czterech członków KISS nagrał i wydał tego samego dnia solowy album, był marketingowym majstersztykiem. Miał rozładować wewnętrzne konflikty, dać muzykom przestrzeń na indywidualne poszukiwania i jednocześnie pokazać światu, że siła zespołu tkwi w czterech równorzędnych talentach. 18 września 1978 roku na półki sklepowe trafiły więc cztery płyty: Gene’a Simmonsa, Paula Stanleya, Petera Crissa i Ace’a Frehleya. Fani stanęli przed wyborem, a rynek stał się ostatecznym sędzią. I wydał werdykt, który dla wielu był zaskoczeniem. To właśnie album „kosmity” z gitarą okazał się największym komercyjnym sukcesem. Co więcej, Ace Frehley był jedynym, którego solowy singiel, brawurowy cover „New York Groove” z repertuaru zespołu Hello, stał się prawdziwym hitem, wspinając się do Top 20 amerykańskich list przebojów.
Dlaczego Ace Frehley tak bardzo irytował Gene'a i Paula?
Ten sukces dał Frehleyowi coś więcej niż tylko platynową płytę. Dał mu poczucie artystycznej niezależności i potwierdzenie, że jego muzyczne instynkty są słuszne. To właśnie to uczucie, o którym mówił w cytacie – uczucie, które towarzyszyło mu, gdy słuchał finalnych miksów „New York Groove” – stało się zarzewiem przyszłych problemów. W oczach Simmonsa i Stanleya, liderów i głównych kompozytorów KISS, Frehley był genialnym, ale niesfornym gitarzystą, którego trzeba było trzymać w ryzach. Jego rosnąca pewność siebie i coraz mniejsza ochota na kompromisy stawały się dla nich problemem. Gdy Peter Criss opuścił zespół w 1980 roku, Ace stracił sojusznika. W wewnętrznych głosowaniach często przegrywał dwa do jednego, bo nowy perkusista, Eric Carr, nie miał statusu partnera. Frustracja rosła, zwłaszcza gdy zespół postanowił nagrać konceptualny i mocno nietrafiony album _Music from "The Elder"_. To był gwóźdź do trumny. Frehley, rockman z krwi i kości, nie chciał tworzyć art-rockowych opowieści. Chciał grać swoje.
Polecany artykuł:
Kosmiczny solista na planecie KISS
Wypowiedź Frehleya o „New York Groove” to w gruncie rzeczy opowieść o odnalezieniu własnego głosu w ogłuszającym ryku rockowej machiny. To moment, w którym gitarzysta, często sprowadzany do roli scenicznego efektu specjalnego ze swoją dymiącą gitarą, udowodnił, że jest pełnoprawnym artystą z własną wizją. Jego solowy album był surowy, energetyczny i miał w sobie tę uliczną zadziorność, której zaczynało brakować w coraz bardziej wykalkulowanym świecie KISS. To właśnie ten smak wolności i sukcesu sprawił, że dalsze funkcjonowanie w zespole, w którym jego zdanie znaczyło coraz mniej, stało się niemożliwe.
Jak sam przyznał po latach, mieszanka narkotyków, alkoholu i nieustannego życia w trasie sprawiła, że „chciał po prostu wyskoczyć z tej kolejki górskiej, zanim się rozbije”. Solowy triumf w 1978 roku był więc paradoksalnie początkiem końca oryginalnego składu. Był dowodem na to, że Spaceman potrafi nawigować samodzielnie. I choć jego statek kosmiczny jeszcze przez kilka lat krążył po orbicie planety KISS, jego kurs był już obrany w zupełnie innym kierunku.