Wybrał status globalnego celebryty zamiast roli lidera kultowego zespołu. Po drodze rozbił Faces od środka

2026-05-30 9:05

Jedną ręką śpiewał o braterskiej przyjaźni, drugą metodycznie niszczył własny zespół. Rod Stewart był frontmanem Faces, ale w głowie miał już inny plan: zostać największą gwiazdą na świecie. Realizował go z zimną krwią, nawet za cenę zdrady najbliższych kumpli i utraty szacunku fanów.

Rod Stewart

i

Autor: Bielawa via Wikimedia Commons/ CC BY-SA 2.0

Jest coś rozbrajającego w rockandrollowych gangach. W tej pijackiej, braterskiej chemii, która spaja muzyków na scenie i poza nią, tworząc wrażenie, że to paczka kumpli, która przy okazji gra genialną muzykę. Nikt nie robił tego lepiej niż Faces. Wyglądali, jakby właśnie urwali się z całonocnej imprezy, by zagrać koncert swojego życia, a ich niedbały, pełen luzu rock był ścieżką dźwiękową do najlepszych lat siedemdziesiątych. Ale nawet w najbardziej zgranym zespole kumpli pojawia się ego. Ambicja, która najpierw jest iskrą, a potem pożarem trawiącym wszystko. Rod Stewart, chłopak z chrypą w głosie i lwią grzywą, podsumował to po latach z brutalną szczerością.

Nawet jak na standardy gwiazdy rocka, byłem dość fatalny

Te słowa to klucz do zrozumienia, dlaczego jeden z najlepszych rockowych składów w historii musiał się rozpaść, i dlaczego frontman, który śpiewał o przyjaźni i lojalności, zostawił za sobą spaloną ziemię.

Kto tu właściwie rządzi, czyli jak Rod Stewart rozbił zespół od środka

Historia Faces to opowieść o tym, jak koleżeński układ zamienia się w toksyczną relację. Kiedy w 1969 roku Stewart i jego kumpel, gitarzysta Ronnie Wood, dołączyli do pozostałości po Small Faces, nikt nie spodziewał się, że solowa kariera wokalisty stanie się gwoździem do trumny zespołu. Początkowo wszystko grało. Faces koncertowali, nagrywali, imprezowali. Jednocześnie Rod wydawał płyty pod własnym nazwiskiem, które odnosiły gigantyczny sukces. Album „Every Picture Tells a Story” z 1971 roku i singiel „Maggie May” zrobiły z niego międzynarodową gwiazdę. I wtedy coś pękło.

Z każdym kolejnym solowym hitem, Faces stawali się dla Stewarta coraz bardziej zespołem towarzyszącym. Napięcie sięgnęło zenitu podczas nagrywania ich ostatniego studyjnego albumu, „Ooh La La” z 1973 roku. Według relacji klawiszowca Iana McLagana, wokalista przez pierwsze dwa tygodnie w ogóle nie pojawił się w studiu. Gdy w końcu zaszczycił kolegów obecnością, narzekał, że piosenki są w złej tonacji. Po sesji, w wywiadach, bezlitośnie krytykował płytę, robiąc wszystko, by ją zdyskredytować. To był cios poniżej pasa. Zespół, który bazował na braterstwie, został zdradzony przez lidera. Ronnie Wood nie czekał na ostateczny upadek i przyjął propozycję od Rolling Stonesów. Faces przestali istnieć, a Rod Stewart mógł wreszcie w pełni skupić się na sobie.

Zanim Rod został gwiazdą: trudne początki u boku Jeffa Becka

Jednak skłonność do generowania konfliktów nie narodziła się w Faces. To była lekcja odrobiona znacznie wcześniej, u boku jednego z największych gitarowych geniuszy epoki. Zanim Stewart stał się globalną marką, był wokalistą w The Jeff Beck Group – formacji, która miała potencjał, by zmienić historię rocka. To tam poznał Ronniego Wooda i to tam po raz pierwszy poczuł, co znaczy być na drugim planie. Jeff Beck był wirtuozem i niekwestionowanym szefem. Stewart, choć obdarzony unikalnym głosem, był tylko jednym z elementów jego muzycznej wizji.

Ta relacja od początku była podszyta niewygodnym napięciem. Stewart po latach wspominał, że przez ponad dwa lata współpracy z Beckiem ani razu nie spojrzał mu prosto w oczy. Zawsze patrzył na jego koszulę, buty, cokolwiek, byle uniknąć konfrontacji. Czuł się przytłoczony obecnością gitarzysty, a jednocześnie wiedział, że to jego wielka szansa. Ta mieszanka kompleksów i rosnącej ambicji musiała w końcu eksplodować. Gdy grupa się rozpadła tuż przed legendarnym festiwalem Woodstock, Stewart i Wood byli już gotowi, by pójść własną drogą. Znaleźli ją w Faces, gdzie przez chwilę mogli poczuć się jak u siebie. Do czasu, aż historia zatoczyła koło i Rod z podwładnego sam stał się szefem, który nie znosi sprzeciwu.

Blondyn w Los Angeles i cena rockandrollowej zdrady

Być może w tej „fatalności”, o której mówił Stewart, nie chodziło tylko o relacje z ludźmi. Chodziło też o bezwzględną pogoń za sukcesem, nawet za cenę artystycznej wiarygodności. Po rozpadzie Faces przeniósł się do Los Angeles, zamienił rockową zadziorność na jedwabne koszule i zaczął nagrywać ballady, które idealnie pasowały do kalifornijskiego słońca. Piosenki takie jak „Sailing” czy „Tonight's the Night” przyniosły mu fortunę i status supergwiazdy, ale dla starych fanów były sygnałem, że Rod zdradził swoje korzenie. Czarę goryczy przelał dyskotekowy hit „Da Ya Think I'm Sexy?”. Krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, a magazyn „Rolling Stone” napisał, że „rzadko kto zdradził swój talent tak kompletnie”.

Dla chłopaka, który zaczynał od śpiewania bluesa w zadymionych londyńskich pubach, była to bolesna ocena. Ale Stewart wydawał się tym nie przejmować. Wiedział, czego chce, i konsekwentnie to realizował. Wybrał status globalnego celebryty zamiast roli lidera kultowego zespołu. Ta „fatalność” była w rzeczywistości zimną kalkulacją. Była ceną, jaką zapłacił za nieśmiertelność na listach przebojów, nawet jeśli oznaczało to utratę szacunku w oczach tych, którzy pokochali go za surową, rockandrollową duszę. Zostawił za sobą przyjaciół i artystyczne ideały, by stać się instytucją. I patrząc na jego karierę, trudno oprzeć się wrażeniu, że ani przez chwilę nie żałował tej decyzji.

Galeria: Polskie zespoły rockowe wszech czasów. Ranking grup, które zmieniły historię rodzimego gitarowego grania

ESKA ROCK: Jared Leto naśmiewa się z osób, które domagają się od 30 Seconds to Mars albumu rockowego