Rod Stewart przyznał to z brutalną szczerością. Gwiazdą rocka został, bo nie przyjęli go do klubu piłkarskiego

2026-03-28 9:57

Gdyby historia potoczyła się inaczej, jego nazwisko skandowano by na trybunach z zupełnie innego powodu. Wszystko zmieniła jedna, decydująca chwila ciszy, która okazała się głośniejsza niż jakikolwiek rockowy riff.

Rod Stewart

i

Autor: Universal Archive/UIG Art and History/East News/ Joe Giddens/Press Association/East News/ East News

Sny chłopaków z północnego Londynu pachniały wtedy wilgotną trawą i błotem. W powojennej Anglii, gdzie przyszłość rysowała się w odcieniach szarości, boisko piłkarskie było jedną z niewielu scen, na której można było zostać królem. Młody Roderick Stewart doskonale to rozumiał. Wychowany w szkockiej rodzinie zafascynowanej futbolem, sam przejawiał nieprzeciętny talent. Był kapitanem szkolnej drużyny, grał w reprezentacji Middlesex Schoolboys, a w jego dryblingu było tyle samo zuchwałości, co techniki. W lecie 1960 roku stanął do testów w Brentford, klubie z Third Division. To miała być jego droga. Jego przeznaczenie. Tyle że telefon z klubu nigdy nie zadzwonił.

Rod Stewart zaskoczył stwierdzeniem: „Moje dni są policzone”

Został muzykiem, bo w futbolu mu nie wyszło

Ta cisza w słuchawce była jednym z najważniejszych dźwięków w historii rocka. Uruchomiła lawinę, która kilkanaście lat później miała wynieść chudego chłopaka z Highgate na szczyty światowych list przebojów. Stewart, z brutalną szczerością, która zawsze była częścią jego wizerunku, po latach sprowadził swoją legendę do zaskakująco prostego mechanizmu. W jego słowach nie było rockandrollowej mitologii, nie było opowieści o boskim powołaniu czy artystycznej misji. Był czysty pragmatyzm, podszyty nutą niespełnionego marzenia.

Jestem gwiazdą rocka, ponieważ nie mogłem zostać gwiazdą piłki nożnej.

To zdanie to klucz do zrozumienia fenomenu Roda Stewarta. On nie porzucił boiska dla sceny – on przeniósł na scenę całą energię, zadziorność i niemal lekkomyślną agresję, którą wcześniej pokazywał na murawie. Muzyka nie była dla niego ucieczką w eteryczny świat sztuki. Była innym rodzajem stadionu, inną formą rywalizacji i, co najważniejsze, inną drogą do zdobycia uwielbienia tłumu. Życie muzyka, jak sam przyznał, wydawało się też łatwiejsze. Można było się napić i grać, a w futbolu te dwie rzeczy raczej się wykluczały.

Rod Stewart był modse na pełen etat

Odrzucony przez świat futbolu, Stewart musiał znaleźć dla siebie nową drużynę i nowe barwy. Znalazł je w pulsującej rytmem subkulturze modsów. Jego znakiem rozpoznawczym stała się nastroszona fryzura, utrwalana wodą z cukrem albo lakierem sióstr, chroniona przed wiatrem na stacji metra w Highgate. To nie była już tylko niedbałość, to był manifest.

Potem rock and rolla na rzecz rhythm and bluesa i soulu, fascynując się Otisem Reddingiem i Samem Cookiem. Przeszedł przez serię zespołów – The Dimensions, Steampacket, Shotgun Express – szlifując swoje rzemiosło i charyzmę. Wciąż jednak czuł, że wykonuje muzykę innych. Prawdziwe przebudzenie miało dopiero nadejść. Momentem zwrotnym okazało się dołączenie do Jeff Beck Group, gdzie po raz pierwszy zagrał z Ronniem Woodem. Chemia między nimi była natychmiastowa i wybuchowa. To był zalążek czegoś znacznie większego.

 Koncerty Faces miały w sobie energię meczu piłkarskiego

Gdyby Rod Stewart był piłkarzem, Faces byliby jego wymarzoną drużyną. Niekoniecznie zdyscyplinowaną i grającą według taktycznych założeń trenera, ale za to z polotem, fantazją i nieprawdopodobną radością gry. To był zespół kumpli, niemal gang, który na scenie zachowywał się jak na suto zakrapianej imprezie. Ich koncerty miały w sobie energię meczu piłkarskiego – były głośne, chaotyczne, pełne braterskiej więzi i bezpośredniego kontaktu z publicznością.

Stewart był w tym żywiole idealnym kapitanem i frontmanem. Jego chrapliwy, szczery głos niósł w sobie prawdę ulicy, a sceniczna pewność siebie była godna najlepszego napastnika. Równolegle rozwijał karierę solową, która wkrótce przyćmiła dokonania zespołu. Albumy takie jak "Every Picture Tells a Story" zrobiły z niego globalną gwiazdę, a napięcia w zespole narastały, niczym w szatni, gdzie jeden zawodnik zaczyna grać wyłącznie na własne konto. Faces w końcu się rozpadli, ale duch tej formacji na zawsze ukształtował sceniczną osobowość Stewarta.

W jego głosie zawsze słychać było echo pubów i stadionów z północnego Londynu

Nawet gdy w latach 70. i 80. jego muzyka skręciła w stronę gładkiego popu, a wizerunek nabrał cech glamrockowego blichtru, Stewart nigdy do końca nie stracił swojego robotniczego rodowodu. W jego głosie zawsze słychać było echo pubów i stadionów z północnego Londynu. Był jednym z tych artystów, którzy z roli „everymana” uczynili swój największy atut.

Fani nie kochali go za wirtuozerię, ale za autentyczność. Wierzyli mu, bo czuli, że to jeden z nich – chłopak, który marzył o strzelaniu bramek dla Arsenalu, ale ostatecznie zaczął strzelać przeboje na listach przebojów. I choć zamienił korki na mikrofon, nigdy nie zapomniał, że największa siła rock and rolla, podobnie jak futbolu, leży we wspólnym, głośnym śpiewie, który potrafi na kilka minut zamienić halę koncertową w najprawdziwszy stadion świata.

Wielkie klapy wielkich artystów. 10 przykładów nieudanych albumów