Wasz ostatni album, zatytułowany „Armaheaven”, ukazał się zeszłej jesieni. Koncepcja płyty kreśli wizję przerażającej rzeczywistości stworzonej przez sztuczną inteligencję, jednocześnie zagrożonej przez jej własnego twórcę. Jak postrzegacie odzwierciedlanie tych tematów w muzyce i sztuce, zwłaszcza w kontekście treści generowanych przez AI, którymi jesteśmy obecnie wręcz zalewani?
Benjamin Jennebo: Krótko mówiąc, uważam, że to po prostu część ludzkiej natury. Zawsze szukaliśmy sposobu, żeby zastąpić poszczególne czynności, którymi zajmował się człowiek i pozwolić maszynom wykonywać je za nas. Tym razem, moim zdaniem, poszliśmy w złym kierunku. Mam na myśli każdą dziedzinę, nie tylko codzienne czynności, ale również sztukę – filmy, malarstwo, muzykę – rzeczy, które towarzyszyły nam od tak dawna. Powinniśmy raczej pozwolić sztucznej inteligencji leczyć raka albo pomagać w walce z innymi chorobami. Być może już to robi, ale i tak ze smutkiem patrzę na to, co się dzieje. Myślę jednak, że dopóki pozostajesz autentyczny, wychodzisz na scenę i grasz dla ludzi, pokazujesz im, że prawdziwa muzyka wciąż żyje, to sztuczna inteligencja nie jest w stanie tego zniszczyć. Właśnie to jest właściwa droga: chodźcie na koncerty i wspierajcie zespoły – to najlepszy sposób, jak przeciwstawić się temu wszystkiemu, co kreowane jest przez sztuczną inteligencję.
Czy uważacie, że w przyszłości, kiedy technologia rozwinie się jeszcze bardziej, nadal będzie miejsce dla prawdziwej muzyki i prawdziwych twórców? Przecież ciągle słyszymy o artystach wygenerowanych przez AI, którzy podpisują kontrakty, ich muzyka leci w radiu i trafia na listy przebojów.
B.J.: Myślę, że niebawem AI stanie się wielką częścią muzycznego biznesu, a prawdziwi artyści staną się czymś rzadkim – takim jednorożcem – i właśnie dlatego będą jeszcze bardziej cenieni, zwłaszcza podczas występów na żywo. Myślę, że to trochę jak przejście przez bramy nieba – AI jest teraz trochę jak święty Piotr strzegący wrót niebios. Zespoły, które już teraz koncertują, przedostały się na drugą stronę. My już tam jesteśmy, gramy i mamy swoją publiczność. Dlatego wydaje mi się, że zdążyliśmy, zanim było za późno. Jednak dla zespołów, które dopiero teraz zaczynają, wejście do tego świata jest znacznie trudniejsze.
Wy jesteście na rynku od prawie dwudziestu lat (zespół został założony w 2008 roku – red.). Obserwując to, co dzieje się w przemyśle muzycznym, i to, jak wielki wpływ na niego miała transformacja cyfrowa, także streaming, myślicie, że wciąż ma sens wydawanie albumów w fizycznej formie, skoro każdy może po prostu nacisnąć przycisk i włączyć Spotify i mieć ulubioną muzykę na wyciągnięcie ręki?
B.J.: Rzecz w tym, że odkąd założyliśmy ten zespół, wszystko się zmieniło. Nawet streaming był kiedyś postrzegany jako wróg artystów i muzyki. Kiedy zaczynaliśmy, najważniejsze było po prostu wydawanie albumów. Tylko w taki sposób mogliśmy wówczas słuchać albumów, chociażby Alter Bridge i wielu innych zespołów. Potem jednak pojawił się streaming, nielegalne pobieranie i piractwo. Tak więc ta walka trwa właściwie od zawsze. Ostatecznie muzyka zawsze wychodzi z tego zwycięsko. Dziś jednak wydawanie albumów nie ma już takiego znaczenia, ponieważ mamy streaming. Natomiast kiedy wyjeżdżamy w trasę i gramy koncerty, myślę, że większego znaczenia nabierają płyty winylowe i inne fizyczne wydania – takie rzeczy dla kolekcjonerów. Bo ludzie nie mają już nawet odtwarzaczy płyt w samochodach. Tak już jest – zmieniamy sposób, w jaki korzystamy z różnych rzeczy. Nadal potrzebujemy jedzenia i wszystkiego innego, ale zmienia się sposób, w jaki to zdobywamy. Z muzyką jest tak samo. Zmienił się sposób, w jaki ją odbieramy, ale nie sam efekt.
„Armaheaven” jest w pewnym sensie kontynuacją waszego poprzedniego albumu pod względem koncepcji. Czy przy pracy nad nim wykorzystaliście jakieś materiały albo nagrania, które powstały wcześniej, czy może napisaliście wszystko od zera? Jak zazwyczaj wygląda u was praca nad nowymi krążkami?
B.J.: Podczas tworzenia nowego albumu oczywiście czerpiemy inspirację z tego, co robiliśmy wcześniej, ale czasami próbujemy też uwolnić się od ścieżki, którą sami sobie wytyczyliśmy. Przy „Armaheaven” chcieliśmy jednak jak najlepiej wykorzystać to, co stworzyliśmy wcześniej – zachować to, co najbardziej kochaliśmy w „Arcadii”, i jednocześnie rozwinąć tę historię. Jednak było też tak, że spędziliśmy mnóstwo czasu w trasie koncertowej. Nasze umysły były całkowicie nastawione na granie na żywo – w jego przypadku (wskazuje na wokalistę Chrisa Adama) to było nawet około 200 koncertów rocznie. Teraz potrzebujemy chwili, żeby się zresetować i na nowo odkryć, co naprawdę chcemy robić. Na razie wszystko, co tworzymy, jest jeszcze w pewnym sensie rozwinięciem „Arcadii”, ale tej jesieni i zimy zamierzamy zrobić coś zupełnie nowego.
Czyli macie już konkretne plany dotyczące kolejnego albumu?
Chris Adam: Tak naprawdę można powiedzieć, że w pewnym sensie już stworzyliśmy ten album. Mamy pomysły i właściwie wszystko jest już nagrane. Mamy naprawdę mnóstwo nowej muzyki. Pracujemy nad dziesiątym albumem, co jest po prostu cholernie szalone. Wspominaliśmy o prawie dwudziestu latach działalności, to niesamowite dojść do dziesięciu albumów i wciąż być w świetnej formie. Mam wrażenie, jakbyśmy dopiero zaczynali. Jeśli chodzi o AI, to szczerze mówiąc, nie boję się tego aż tak bardzo. Dla mnie to raczej coś, co motywuje mnie, żeby jeszcze bardziej się rozwijać i dawać z siebie więcej. Tak to odczuwam. To właśnie daje mi większego kopa do działania. Jak powiedział Benjo – nam już się udało. Przeszliśmy przez te złote bramy i jesteśmy już po drugiej stronie. Teraz po prostu będziemy dalej robić to, co robimy. Będziemy kontynuować historię „Arcadii” i mamy nadzieję stworzyć najlepszy album, jaki tylko potrafimy. Album numer dziesięć. A poza tym, jak wspomniał Benjo, od dłuższego czasu praktycznie bez przerwy jesteśmy w trasie. Odkąd ukazał się „Six Feet Under” (singiel, z którym zespół wziął udział w szwedzkich preselekcjach do Eurowizji – red.) – nasz naprawdę przełomowy singiel w 2023 roku – zagraliśmy z tymi chłopakami setki koncertów. Potrzebujemy teraz na jakiś czas odpocząć od koncertowania, zamknąć się w studiu i po prostu wszystko zacząć od nowa.
Wspominaliście, że do tej pory kontynuowaliście historię „Arcadii”. Czy wraz z nowym albumem planujecie nieco bardziej eksperymentować, zrobić coś zupełnie innego, czego do tej pory wasi fani jeszcze nie mieli okazji usłyszeć?
Ch.A.: Zawsze staramy się właśnie tak pracować.
B.J.: Naprawdę próbujemy.
Ch.A.: Zobaczymy, co z tego wyjdzie tym razem. Na tym polega cała frajda z tworzenia muzyki – pisanie własnych utworów, wymyślanie nowych pomysłów i obserwowanie, dokąd nas zaprowadzą. Ten krążek to będzie zupełnie nowy etap. Zobaczymy, co się wydarzy.
Na Waszych albumach często pojawiają się bardzo ciekawe współprace z innymi artystami. Na najnowszej płycie również ich nie zabrakło. Gdybyście mogli wybrać dowolnego artystę – żyjącego lub nie – z którym chcielibyście nagrać wspólny utwór, kto by to był i dlaczego? Każdy z was może odpowiedzieć osobno... chyba że wybierzecie tę samą osobę.
B.J.: Ja nawet nie muszę się zastanawiać. Fajnie byłoby zrobić coś z Nirvaną.
Ch.A.: To również moja odpowiedź. To byłoby naprawdę niesamowite móc coś wspólnie stworzyć.
B.J.: Myślę, że Kurt Cobain był jednym z najwybitniejszych twórców w historii. Wydaje mi się też, że jego ogromna miłość do muzyki była jednocześnie tym, co go zniszczyło. Był w tym tak bez reszty zanurzony, że nie potrafił żyć inaczej. Muzyka była całym jego istnieniem. To naprawdę słychać i czuć w jego twórczości. Był jednym z najbardziej autentycznych muzyków, jacy kiedykolwiek istnieli. Przez te 27 lat życia pokazał, na co go stać. Nie znał teorii muzyki ani żadnych zasad, on po prostu był muzyką, żył nią i to było niesamowite.
Wspomnieliście wcześniej o utworze „Six Feet Under”, który był dla zespołu przełomowym momentem kariery. Myślę, że właśnie wtedy usłyszało o was naprawdę wiele osób. Stało się tak między innymi dlatego, że z tym utworem w 2023 roku wzięliście po raz pierwszy udział w Melodifestivalen (szwedzkie eliminacje do Eurowizji, które trwają przez kilka tygodni – red.). Dlaczego zdecydowaliście się na ten krok właśnie wtedy, a nie na samym początku waszej kariery, jak robi to wielu artystów?
Ch.A.: Myślę, że wszystko wydarzyło się w odpowiednim momencie. W czasie pandemii Benjo pisał utwory dla uczestników konkursu, więc w ten sposób poznaliśmy środowisko związane z Melodifestivalen. Potem jedno wydarzenie pociągnęło za sobą kolejne i zostaliśmy wybrani do udziału w konkursie. A my po prostu zrobiliśmy to, co robimy zawsze – jesteśmy sobą, nie próbujemy iść na kompromisy i dajemy z siebie wszystko.
B.J.: To był nasz sposób, żeby pokazać się szwedzkiej publiczności.
Ch.A.: Tak naprawdę okazało się to świetną premierą singla. Wszystko idealnie się wtedy ułożyło.
Jak wiemy, Melodifestivalen to w Szwecji naprawdę ogromne wydarzenie. Czy biorąc udział w konkursie, liczyliście, że to właśnie może być ten moment przełomowy, że teraz wszyscy o Was w końcu usłyszą?
B.J.: W Szwecji jesteśmy naprawdę bardzo popularni. To zupełnie inny poziom rozpoznawalności. Kiedy trafiasz do głównego nurtu mediów w Szwecji, wszystko wygląda inaczej. Nie mamy wielu stacji telewizyjnych ani radiowych, więc kiedy zaczynają cię intensywnie promować i regularnie puszczać twoją muzykę, praktycznie wszyscy cię znają. Nasze utwory są emitowane już od czterech lat, czyli od czasu Melodifestivalen. Wystąpiliśmy tam trzy razy i od tego czasu cztery albo pięć naszych singli jest granych praktycznie bez przerwy. Pojawiliśmy się też w wielu programach telewizyjnych i jesteśmy zapraszani dosłownie wszędzie – nawet do programów dla dzieci. W Szwecji należymy już do absolutnej czołówki. Poza Szwecją jesteśmy natomiast postrzegani bardziej jako uznany zespół, który przeszedł całą drogę – od sceny undergroundowej po duże festiwale i największe sceny. Myślę więc, że za granicą cieszymy się większym uznaniem niż w Szwecji, ale w rodzimym kraju jesteśmy po prostu bardziej popularni i rozpoznawani.
Pozostańmy jeszcze przy temacie Eurowizji. Szwecja słynie z wybitnych zespołów rockowych i metalowych. A jednak nigdy nie zdecydowała się wysłać rockowego wykonawcy na Konkurs Piosenki Eurowizji, mimo iż zwycięstwa Lordi i Måneskin mogą świadczyć o tym, że takie formacje mogą odnieść sukces w konkursie. Jak myślicie, dlaczego szwedzka publiczność i jury do tej pory nie wysłały żadnego rockowego reprezentanta na Eurowizję?
CH.A.: To, że do tej pory tak się nie stało, nie znaczy, że nie ulegnie to zmianie w przyszłości. Dopiero się rozgrzewamy, ale fakt, rockowe zespoły do tej pory jakoś nie miały szczęścia w preselekcjach.
B.J.: To jest też trudna kwestia, ponieważ Melodifestivalen jest w Szwecji instytucją z wieloletnią tradycją. Istnieje od lat 60. i jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Kiedyś nazywał się Schlagerfestivalen. Schlager to taki bardzo tradycyjny, lekki, taneczny styl muzyki rozrywkowej. Na tym właśnie zbudowano ten konkurs. Dlatego, żeby przebić się w nim z czymś innym, naprawdę trzeba przekonać zarówno jury, jak i publiczność, że na to zasługujesz. Tym razem pozwolili nam być częścią tego świata, ponieważ i tak nie spodziewali się, że możemy wygrać. Jednak za pierwszym razem zaskoczyliśmy wszystkich. Ludzie pytali: „Co tu się właściwie dzieje?”. Więc może kiedyś w przyszłości rzeczywiście do tego dojdzie.
Ch.A.: My już teraz czujemy się zwycięzcami. Za każdym razem awansowaliśmy bezpośrednio do finału. Za każdym razem kończyliśmy w pierwszej czwórce – dwa razy zajęliśmy trzecie miejsce, a ostatnio byliśmy czwarci, ale i tak pozostajemy jedynym zespołem reprezentującym nasz gatunek muzyczny w konkursie. Skala wsparcia, jaką otrzymujemy, jest po prostu niesamowita, również poza Szwecją. To naprawdę robi ogromne wrażenie i cudownie to obserwować. Przez długi czas harowaliśmy jak szaleni, żeby zdobyć jakąkolwiek rozpoznawalność, a kiedy w końcu przyszła, byliśmy na nią gotowi. Mieliśmy już odpowiednie zaplecze i dzięki temu mogliśmy po prostu wykorzystać nasze pięć minut.
Przyznaliście także, że nie powiedzieliście jeszcze ostatniego słowa. Czy to znaczy, że planujecie wystąpić podczas Melodifestivalen ponownie? Zamierzacie próbować tak długo, aż w końcu wygracie?
Ch.A.: Byłoby z naszej strony nierozsądne całkowicie zamykać sobie te drzwi. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Jeśli pojawi się odpowiednia piosenka... kto wie?
Czyli nie mówicie ani „tak”, ani „nie”, tylko zostawiacie sobie otwartą furtkę?
Ch.A.: Dokładnie. Na razie jednak czujemy, że potrzebujemy od tego odpocząć i skupić się na pisaniu nowych utworów, a właściwie – na nowym albumie.
Jakie jest Wasze zdanie na temat Eurowizji jako całości? W ostatnich latach konkurs ten często spotykał się z krytyką za nadmierne upolitycznienie, a w tym roku kilka krajów zdecydowało się nawet na jego bojkot. Co o tym sądzicie?
B.J.: Szczerze mówiąc, nawet jej nie oglądałem. To właśnie jest szalone w dzisiejszym świecie. Kiedy odrzucaliśmy religię, wydawało nam się, że to religia prowadzi na niebezpieczną drogę… A teraz to samo dzieje się z polityką. Ona również może prowadzić na niebezpieczną ścieżkę. Zaczynasz myśleć wyłącznie jak polityk i stajesz się niemal kimś na wzór osoby religijnej, tylko że bezkrytycznie oddanej swojej politycznej ideologii. To równie niebezpieczne. Dlatego jedyne, co mogę w tej sytuacji powiedzieć, to: myślcie samodzielnie, oddzielajcie ludzi od ideologii. Musimy być mądrzejsi od własnych emocji. Pozwólmy ludziom w tym uczestniczyć. Jesteśmy muzykami ze Szwecji. Gdyby Szwecja kogoś atakowała, czy my jako artyści powinniśmy być za to karani? Przecież osobiście nie mam z tymi nic wspólnego, nawet nie wiem, co robi mój sąsiad. Jak więc miałbym kontrolować działania państwa? To bardzo smutne, że do tego doszło, bo widać, że już nie chodzi o celebrowanie muzyki.
Nie wiem, czy wiecie, ale pojawiło się mnóstwo głosów krytyki, ponieważ polskie jury przyznało w tym roku 12 punktów Izraelowi.
B.J.: Naprawdę? Macie mój pełny szacunek za taką postawę.
Zdecydowana większość była innego zdania niż Ty. Zrobiono z tego wielką sprawę…
B.J.: Jestem temu absolutnie przeciwny. Uczymy dzieci, żeby nie dokuczały innym. Jednak, gdy dorastają, widzą ważnych ludzi, którzy pałają do siebie nienawiścią z powodu działań ich państwa, albo partii politycznych. A ja sobie myślę: „Czy nie stać nas na nic więcej?”. Niech muzyka będzie tym, co wybrzmiewa najgłośniej, to ona powinna łączyć ludzi, budować mosty, takie, po których każdy może przejść. Mam apel do społeczności eurowizyjnej: Nie palmy mostów, budujmy je! Bardzo mnie osobiście ten temat porusza, ale to właśnie oddziela nas od sztucznej inteligencji – fakt, iż potrafimy czuć i myśleć.
Pozostawmy temat Eurowizji i skupmy się na tym, co przyniesie przyszłość. Wspomnieliście o nowym albumie już kilkukrotnie. Czy zatem możemy się spodziewać, że wydacie go niebawem, czy potrzebujecie jeszcze trochę czasu?
B.J.: Potrzebujemy jeszcze trochę czasu...
Ch.A.: Jednak tym razem nie zamierzamy niczego zapowiadać. Nie będziemy ogłaszać żadnych terminów. Chcemy po prostu pozwolić, żeby inspiracja płynęła swoim naturalnym rytmem i stworzyć najlepsze piosenki, jakie tylko potrafimy.
Wasza muzyka, opowiadane historie i cała oprawa wizualna sprawiają wrażenie części większej całości – niemal osobnego uniwersum. Czy kiedykolwiek myśleliście o tym, aby stworzyć film albo komiks inspirowany wykreowanym przez Was muzycznym światem?
B.J.: Zrobiliśmy właściwie pierwszy odcinek. Chcieliśmy nakręcić film opowiadający historię Arcadii, więc przygotowaliśmy pilot pierwszego epizodu, możecie to zobaczyć na YouTube. To chyba około piętnastominutowy film. Tyle że to jest naprawdę bardzo kosztowne. Zobaczymy, może uda się zainteresować tym Netfliksa, albo kogoś podobnego w Szwecji i stworzyć pełnometrażowy film.
Ch.A.: George Lucas, jeśli to czytasz, to jesteśmy gotowi!
B.J.: Tak, czekamy na telefon, kiedy tylko znajdzie czas.
Wspominaliście, że macie zamiar zrobić sobie krótką przerwę, zanim usłyszymy Wasz kolejny album. Czy macie jakieś plany koncertowe na najbliższe miesiące i czy uwzględniliście w nich Polskę?
Ch.A.: Zawsze staramy się uwzględniać Polskę jako jeden z przystanków naszej trasy. Niestety do tej pory graliśmy zwykle tylko w jednym mieście podczas każdej trasy, ale chcielibyśmy dodać ich więcej. Naprawdę uwielbiam Polskę, jesteście świetni. Szczerze mówiąc, gdybym miał się gdzieś przeprowadzić, do jakiegokolwiek miejsca w Europie, wybrałbym właśnie Polskę. Naprawdę.
Dziś przypada także Midsommar, czyli szwedzkie święto przesilenia letniego (wywiad przeprowadzono 19 czerwca 2026 – red.). Nie jesteście w Szwecji, gdzie obchodzi się je naprawdę hucznie. Jak zamierzacie świętować Midsommar w tym roku?
B.J.: Oby nie tak jak w zeszłym roku. Wtedy podczas Midsommar miałem wypadek – spadłem ze sceny i złamałem trzy żebra oraz uszkodziłem kolano.
Mam nadzieję, że tym razem to się nie powtórzy.
B.J.: Właściwie było to nawet całkiem zabawne. Wiesz, taka nowa tradycja.
Ch.A.: Tylko tym razem celuj w drugie kolano.
B.J.: Wtedy chodziłbym już całkiem krzywo.
Ch.A.: Właśnie. Będzie symetrycznie – lewe, prawe.
B.J.: A tak na serio: po prostu wracamy do domu. Zaraz po koncercie wsiadamy do autobusu i ruszamy w drogę powrotną do Szwecji.
Ch.A.: Tak, chwila oddechu i później będziemy koncertować przez całe lato.
B.J.: Ale jeśli chodzi o samo Midsommar, czyli ten weekend to chcemy go spędzić spokojnie.
Ch.A.: Midsommar to w Szwecji naprawdę ogromne święto. Obchodzi je praktycznie każdy, a my w tym roku świętujemy je tutaj, razem z Wami.
Niezwykle nas to cieszy i mamy nadzieję, że w tym roku nie skończycie celebracji Midsommar na SOR-ze!
Zdjęcia z koncertu Smash InTo Pieces podczas Summer Punch Festival 2026 znajdziecie w naszej galerii.