Już od pierwszych godzin dało się wyczuć, że Summer Punch Festival to nie kolejny koncertowy maraton, lecz wydarzenie, które ma ambicje stać się czymś więcej. Na terenie festiwalu spotkać można było zarówno wieloletnich fanów metalcore'u, jak i młodszych słuchaczy wychowanych na playlistach Spotify i TikToku. Wspólnym mianownikiem pozostawała jednak fascynacja nowoczesnym metalem, który coraz śmielej czerpie z popu, elektroniki czy hip-hopu. Wydarzenie odbywało się przy Forcie Wola, gdzie latem często organizowane są koncerty na Letniej Scenie Progresji. To właśnie ta estrada służyła za drugą scenę Summer Punch Festivalu. Scena główna, czyli Summer znajdowała się nieco dalej, jednak na tyle blisko, iż dystans między scenami można było pokonać w pięć minut. Organizatorzy włożyli ogromny wysiłek, aby zaaranżować przestrzeń, tak, aby poruszanie się pomiędzy strefami było swobodne. Na duży plus zasługuje także fakt, iż tego dnia rozdawano uczestnikom wodę w butelkach zupełnie za darmo. Kolejnym udogodnieniem była także strefa toalet o podwyższonym standardzie, za które należało co prawda zapłacić 5 złotych, jednak chyba wszyscy zgodzą się, iż korzystanie z pomieszczeń, które są czyste przez cały czas trwania imprezy, jest o wiele bardziej komfortowe niż standardowy ToiToi.
House of Protection nieokiełznana energia, która wymyka się spod kontroli
Formacja tworzona przez perkusistę Arica Improtę i wokalistę oraz gitarzystę Stephena Harrisona, muzyków znanych wcześniej z projektów Night Verses, Fever 333 oraz The Chariot, od momentu debiutu przyciąga uwagę fanów poszukujących świeżego i nieprzewidywalnego brzmienia. House of Protection wymyka się prostym gatunkowym definicjom. W ich muzyce można usłyszeć wpływy alternatywnego rocka, post-punku, trip-hopu czy nowoczesnej elektroniki. Duet stawia na eksperymenty i twórczą swobodę, dzięki czemu każdy kolejny utwór zaskakuje nowymi pomysłami i nieoczywistymi rozwiązaniami. Jednak dynamiczne kompozycje, nieprzewidywalne aranżacje to nie jedyne atuty formacji z Los Angeles. To, co sprawia, że ich koncerty pozostają w pamięci na długo po wybrzmieniu ostatniego utworu, to przede wszystkim sceniczna charyzma duetu. Zdaje się, iż scena jest zbyt mała dla żywiołowego Stephena Harrisona, który w pewnym momencie z niej zeskoczył i przebił się przez tłum za barierkami, aby podczas wykonywania jednego z utworów, rozpętać wokół siebie prawdziwy młyn. House of Protectin, choć grali dość wcześnie, to roznieśli Punch Stage w pył, a Stephen wyraźnie był zadowolony z odbioru ich występu, gdyż przechadzając się po terenie festiwalu, chętnie gawędził z fanami i pozował do zdjęć.
Set It Off – bezpretensjonalnie radosne wystąpienie
W programie Summer Punch Festivalu nie zabrakło także miejsca dla bardziej przebojowych odmian rocka. Set It Off wniósł do line-upu sporą dawkę alternatywnej energii, balansując pomiędzy pop-punkiem, rockiem i nowoczesnym pop-rockiem. Set It Off błyskawicznie nawiązali kontakt z tłumem, a charyzmatyczny Cody Carson nieustannie zachęcał publiczność do wspólnej zabawy. Fani nie potrzebowali jednak wielu zachęt – niemal każdy refren był śpiewany przez setki gardeł, a energia płynąca spod sceny napędzała muzyków do jeszcze bardziej żywiołowego występu. Mimo to mnie odbiór ich wystąpienia zaburzało nieco płaskie brzmienie. Mimo to, występ Amerykanów w Warszawie, udowodnił, że chwytliwe melodie, rockowa energia i świetny kontakt z publicznością, to doskonale wyważony przepis na festiwalowe szaleństwo. O tym, iż Set It Off ma w Polsce pokaźną rzeszę fanów, świadczyć mogły nie tylko żywiołowe reakcje pod sceną, ale również długa kolejka oczekujących na signing session.
Catch Your Breath – nowa fala emocjonalnego metalcore'u
Zespół Catch Your Breath przyciągnął pod Punch Stage liczną widownię. Teksańska formacja reprezentuje nurt, który w ostatnich latach zdobywa ogromną popularność – melodyjny, emocjonalny metalcore oparty na wyrazistych refrenach i nowoczesnej produkcji. Występ nie należał może do najbardziej spektakularnych wizualnie, a dodatkową przeszkodą okazały się problemy techniczne, mimo to, publiczność reagowała niezwykle żywiołowo i wraz z Joshem Mowerym, którego mikrofon co chwilę odmawiał posłuszeństwa, odśpiewywała chwytliwe refreny.
P.O.D. – legenda, która inspiruje kolejne pokolenia
Tuż po koncercie Catch Your Breath przyszła pora na spotkanie z historią. O 17:45 na Summer Stage zameldowała się pochodząca z San Diego formacja P.O.D. Chyba nikt nie miał wątpliwości, iż byli oni najbardziej utytułowanym wykonawcą pierwszego dnia festiwalu i jednocześnie żywym przypomnieniem czasów, gdy nu metal dominował na światowych listach przebojów. Amerykanie z Sonnym Sandovalem pokazali klasę wynikającą z ponad trzech dekad działalności. Ich koncert miał zupełnie inną dynamikę niż występy młodszych formacji. Nie chodziło już o nieustanną pogoń za intensywnością, lecz o umiejętne budowanie atmosfery i wykorzystanie doświadczenia zdobywanego przez lata na największych scenach świata. Publiczność reagowała szczególnie żywiołowo na klasyki, czyli „Youth of the Nation”, którego refren został chóralnie odśpiewany przez zgromadzonych pod sceną, a także „Satelite” oraz „Alive”, które przypomniały, jak ogromny wpływ P.O.D. wywarli na rozwój współczesnej muzyki alternatywnej.
Landmvrks udowodnili, że należą do europejskiej czołówki
Jeżeli ktoś miał jeszcze wątpliwości, czy Landmvrks zasługuje na miejsce wśród najważniejszych europejskich zespołów metalcore'owych, warszawski występ powinien je rozwiać. Francuzi od pierwszych minut ruszyli do ataku z charakterystyczną dla siebie intensywnością. Potężne riffy, agresywne wokale Florenta Salfatiego oraz imponująca dynamika składającego się w dużej mierze materiału z wydanego w 2025 roku krążka „The Darkest Place I’ve Ever Been” sprawiły, że pod sceną zrobiło się naprawdę gorąco. Landmvrks od kilku lat konsekwentnie wspinają się na szczyt europejskiej sceny i koncert na Summer Punch Festival tylko potwierdził ich status. Zespół nie potrzebuje wielkich efektów specjalnych – jego siłą pozostaje autentyczna koncertowa energia. W czasach, gdy wiele grup coraz mocniej stawia na widowisko, Francuzi nadal podbijają serca publiczności swoją muzyką i niespożytą energią.
Bilmuri – chwytliwe melodie okraszone ciężkimi riffami
Jednym z najbardziej nietuzinkowych występów tegorocznego Summer Punch Festival był koncert Bilmuri, czyli projektu Johnny'ego Francka, znanego niegdyś z Attack Attack!, który od lat konsekwentnie wymyka się gatunkowym szufladkom, łącząc post-hardcore, alternatywny rock, country i internetowy humor. Billmuri podczas występu na Punch Stage zaprezentował kawałki, które doskonale łączą ciężkie riffy z chwytliwymi melodiami, humorem i dużą dawką dystansu do samego siebie. Amerykanie szybko przyciągnęli uwagę charakterystycznym luzem i nieoczywistym podejściem do ciężkiego grania, w którym znalazło się miejsce także na saksofon. To właśnie takie zespoły najlepiej pokazują, jak bardzo zmieniła się współczesna scena alternatywna – dziś równie ważne jak breakdowny są chwytliwe melodie i różnorodność i ogromny dystans to tego, co się robi.
Babymetal wymykają się wszelkim definicjom
Jednym z najbardziej wyczekiwanych przez uczestników punktów programu był występ Babymetal. Japońskie trio od lat budzi skrajne emocje, ale niezależnie od opinii trudno odmówić mu jednego – umiejętności tworzenia spektaklu. Warszawski koncert był dokładnie tym, czego można było oczekiwać po grupie, która uczyniła z łączenia przeciwieństw własny znak rozpoznawczy. Perfekcyjnie zsynchronizowana choreografia i mieszanka idol-popu z metalową brutalnością stworzyły ciekawe widowisko. Wielu rozczarować mogła jedynie dość uboga, jak na występy przedstawicielek kawaii metalu oprawa wizualna oraz dość krótki, bo składający się z 10 piosenek set Japonek. Podczas koncertu nie zabrakło największych hitów w postaci „Distortion”, „RATATATA”, „Gimme Chocolate!!” oraz utworu nagranego wspólnie z Tomem Morello, podczas którego na telebimie wyświetlono także grającego na gitarze artystę, czyli „METALI!!”. Licznie zgromadzona przed sceną publiczność oraz jej żywiołowe reakcje pokazały, że Babymetal już dawno przestały być postrzegane jako egzotyczna ciekawostka. Dziś są pełnoprawnymi uczestniczkami światowej sceny metalowej, a ich koncerty przyciągają zarówno fanów ekstremalnych brzmień, jak i osoby szukające po prostu niepowtarzalnego show. Ja ich set musiałam opuścić już w trakcie drugiego utworu z powodu zaplanowanej konferencji z wokalistą P.O.D., co potraktowałam jako wybawienie, gdyż zarówno prezentowany materiał, jak i całokształt wystąpienia zupełnie do mnie nie przemawiają.
Bad Omens zamknęli wieczór jako gwiazda nowej generacji
Choć na scenie pojawiło się wielu znakomitych wykonawców, trudno było oprzeć się wrażeniu, że zdecydowana większość uczestników przyjechała przede wszystkim dla jednego zespołu. Bad Omens są dziś zjawiskiem wykraczającym daleko poza metalcore'owe środowisko. Gdy zgasły światła przed ich występem, atmosfera na terenie festiwalu osiągnęła punkt kulminacyjny. Noah Sebastian i spółka od pierwszych minut udowodnili, dlaczego w ostatnich latach stali się jednym z najważniejszych zespołów ciężkich brzmień na świecie. Koncert był starannie wyreżyserowanym spektaklem, w którym równie istotną rolę odgrywały światła, projekcje i elektronika, co same utwory. Bad Omens reprezentują nową generację zespołów, które bez kompleksów korzystają z estetyki popu i nowoczesnych technologii, nie tracąc przy tym ciężaru i emocjonalnej intensywności. Zespół zaprezentował dość zbalansowany set składający się z 15 utworów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby wyrzucili wszystkie intra, których naliczyłam w sumie pięć, to spokojnie mogliby wcisnąć jeszcze 2 kawałki. Mimo to fanbase, który już od wczesnych godzin okupował barierki, spijał każde słowo z ust wokalisty i śpiewał praktycznie każdy refren największych hitów, jak „Dying to Love”, „Impose”, czy „Specter”. Nie zabrakło standardowej zabawy słownej, podczas której widownia odpowiada „Jungle”, kiedy Noah ze sceny krzyczy „Concrete”, a Noah Sebastian ochoczo zachęcał do tworzenia mosh i circle pitów, i pod sceną rzeczywiście pojawiło się kilka młynów. Każda zagrana kompozycja spotykała się z reakcją przypominającą bardziej koncert wielkiej gwiazdy mainstreamu niż tradycyjny metalowy występ. To znak czasów, ale również dowód na to, jak bardzo zmienił się krajobraz współczesnej ciężkiej muzyki. Jako fanka death metalu miłośniczką Bad Omens po tym koncercie z pewnością nie zostanę, choć zamykający set kawałek „Dethrone” przemówił do mnie znacznie bardziej niż inne, niemalże popowe utwory z rzewnym wokalem.
Znakomite rozpoczęcie nowego festiwalu z ogromnym potencjałem
Pierwszy dzień premierowej edycji Summer Punch Festivalu pokazał, że w Polsce jest miejsce dla wydarzenia skupionego wokół nowoczesnych odmian metalu i rocka alternatywnego. Organizatorzy uniknęli pułapki budowania line-upu wyłącznie wokół legend gatunku, stawiając przede wszystkim na zespoły definiujące jego współczesne oblicze. Od bezkompromisowej energii Landmvrks, przez widowiskowość Babymetal, po status gwiazdy nowej generacji reprezentowany przez Bad Omens – pierwszy dzień festiwalu był przekrojową prezentacją kierunków, w których rozwija się dziś ciężka muzyka. Jeżeli kolejne edycje utrzymają podobny poziom, Summer Punch Festival ma szansę stać się jednym z najważniejszych punktów koncertowego kalendarza nie tylko w Polsce, ale i w tej części Europy. Egzamin z pierwszej edycji festiwalu organizator, czyli Winiary Bookings, zdał na piątkę z plusem!
Zdjęcia z pierwszego dnia SUmmer Punch Festival 2026 znajdziecie w naszej galerii.