Summer Punch Festival 2026, dzień drugi: od punkowej furii po hymny łączące pokolenia [RELACJA + GALERIA]

Drugi dzień Summer Punch Festival 2026 udowodnił, że warszawska impreza ma wszelkie predyspozycje, by stać się jednym z najważniejszych wydarzeń alternatywno-rockowych w tej części Europy. Piątek, 19 czerwca, zgromadził na Letniej Scenie Progresji tysiące fanów, którzy przez kilkana godzin mogli obserwować przekrój współczesnej sceny rockowej – od elektronicznego punku i alternatywy, przez post-hardcore i nowoczesny rock, aż po potężne, stadionowe brzmienia. Wargasm, Yonaka, Smash Into Pieces, Alexisonfire, Palaye Royale, Don Broco i Three Days Grace, to tylko niektórzy artyści, którzy stworzyli program, który niemal nie pozwalał złapać oddechu.

Wargasm – chaos pod pełną kontrolą

Już od pierwszych minut było wiadomo, że brytyjski duet Wargasm nie zamierza brać jeńców. Milkie Way i Sam Matlock wtargnęli na scenę niczym huragan, serwując mieszankę rave'u, punku, nu metalu i elektronicznego szaleństwa. Ich koncert był bardziej doświadczeniem niż zwykłym występem – agresywne beaty mieszały się z ciężkimi riffami, a publiczność błyskawicznie odpowiedziała pogo i nieustannym ruchem pod sceną, a do publiczności na chwilę ze sceny zszedł także Sam Matlock, żeby oddać się dzikiej przyjemności croudsurfingu. Ich niezwykle żywiołowy występ zakończył się przearanżowaną wersją utworu "Voodo People", który w oryginale wykonuje The Prodigy. Nie zależnie od tego, czy Wargasm trafia w wasze muzyczne gusta, czy też nie, jedno jest pewne – obok koncertu Brytyjczyków nie dało się przejść obojętnie.

Yonaka – emocjonalny wokal i nieco zachowawcze wystąpienie

Po eksplozji hałasu przyszedł czas na koncert formacji Yonaka, która zameldowała się na Main Stage punktualnie o 17:45. Brytyjska formacja pokazała, że nowoczesny alternatywny rock nie musi wybierać między autentycznością i ciężarem. Na czele zespołu stoi charyzmatyczna wokalistka Theresa Jarvis, której mocny głos i sceniczna pewność siebie od pierwszych minut przyciągały uwagę zgromadzonych fanów, podobnie jak jej dość odważna stylizacja składająca się z cienkich, czarnych rajstop oraz oversizovego białego T-shirtu. Yonaka zaprezentowała materiał łączący ciężkie gitarowe riffy z nowoczesną produkcją, tworząc koncert pełen kontrastów – od intymnych, emocjonalnych fragmentów po wybuchowe refreny zachęcające do wspólnego śpiewania. Na scenie jednak nie działo się zbyt wiele, artyści byli dość statyczni, co w pewien sposób sprawiło, że niespecjalnie miałam ochotę oglądać ten koncert do końca.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Smash Into Pieces – futuryzm w okrojonej formie

Smash Into Pieces to grupa, która od lat konsekwentnie buduje swoją pozycję na europejskiej scenie rockowej i alternatywnej, przyciągnęła pod scenę tłumy fanów spragnionych widowiskowego show, mocnych melodii i potężnej dawki energii. Szwedzi od dawna stawiają na widowiskowość i futurystyczny wizerunek, jednak fakt, iż podczas Summer Punch grali na małej scenie, gdzie dostali jedynie 30 minut z pewnością nie pozwolił im zaprezentować widowiska na poziomie, które znamy np. ze szwedzkich preselekcji do Eurowizji, czyli Melodifestivalen. Mimo to, zespół na scenie dał z siebie wszystko, a publiczność odśpiewała wraz z nimi największe przeboje, czyli „Six Feed Under”, „Heroes Are Calling” oraz „Hollow”. Perfekcyjnie dopracowana oprawa wizualna, którą mogliśmy zobaczyć na wielkim ekranie za plecami perkusisty APOCa sprawiły, że nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu, iż koncert przypominał spektakl science fiction. Kluczową rolę odgrywają zwłaszcza niezwykle energiczni na scenie gitarzyści – Benjamin Jennebo oraz Per Bergquis, którzy przez cały koncert ani na chwilę nie przestawali czarować efektownymi podskokami. Po koncercie zespół wziął udział także w signing session, podczas której każdy z zespołów ma wyznaczone 30 minut na spotkanie z fanami. Jednak kolejka chętnych do potkania z zespołem była tak długa, iż Szwedzi na stanowisku pozostali przez godzinę, nie chcąc pozbawić żadnego z fanów możliwości przybicia z nimi żółwika i otrzymania podpisu.

Alexisonfire – post-hardcore w old scholowym wydaniu

Jednym z najbardziej wyczekiwanych koncertów dnia był występ Alexisonfire na Main Stage. Kanadyjczycy od ponad dwóch dekad pozostają jedną z najważniejszych grup post-hardcore'owych na świecie i w Warszawie po raz kolejny pokazali, dlaczego cieszą się niemal kultowym statusem. Ich koncert nie opierał się na efektach specjalnych czy rozbudowanej scenografii. Najważniejsze były emocje. Kontrast między krzyczanym wokalem George'a Pettita a melodyjnymi partiami Dallasa Greena wciąż robi ogromne wrażenie. Alexisonfire zabrzmieli ciężko, intensywnie i niezwykle szczerze. W czasach, gdy wiele zespołów stawia na perfekcyjną produkcję i cyfrowe dodatki, Kanadyjczycy przypomnieli, że rock nadal może opierać się przede wszystkim na autentyczności. Podczas Summer Punch usłyszeliśmy przekrojowy set, podczas którego Alexisonfire zaprezentowali nam między innymi takie hity, jak „Drunks, Lovers, Sinners and Saints”, „Young Cardinals”, „Boiled Frogs” czy „Accidents”, a także materiał z ostatniego krążka, jak „Sans Soleil” czy „Sweet Dreams of Otherness”.

Palaye Royale – rockandrollowy teatr

Palaye Royale po raz kolejny udowodnili, że są jednym z najbardziej charyzmatycznych i nieprzewidywalnych zespołów współczesnej sceny rockowej. Ich występ na Summer Punch Festival był prawdziwym spektaklem, w którym muzyka, emocje i sceniczna ekspresja stworzyły niezapomniane widowisko dla tysięcy zgromadzonych fanów. Zespół znakomicie wykorzystał swoją największą broń – umiejętność budowania relacji z publicznością. Emerson Barrett z charakterystyczną dla siebie dekadencją zaciągając się papierosem, powitał publiczność słowami: „Zaje*iście was kochamy, ludzie”, a owacja zgromadzonych widzów jednoznacznie odwzajemniała te uczucia. Ich koncerty są połączeniem rockowego spektaklu, glamowej ekstrawagancji i punkowej energii, co również zaprezentowali w Warszawie. Remington Leith niemal nie zatrzymywał się ani na chwilę, przemierzając scenę z charakterystyczną dla siebie teatralnością, aby w pewnym momencie wspiąć się na rusztowanie Main Stage, a także zaliczyć obowiązkowy punkt ich wystąpień, czyli croudsurfing w pontonie. Natomiast Sebastian Danzig już na samym początku koncertu zszedł ze sceny do publiczności, gdzie zaprezentował swoją gitarową wirtuozerię. Muzycznie koncert był przekrojową podróżą przez twórczość zespołu. Dostaliśmy zarówno znakomicie wszystkim znane „Little Bastards”, „Showbiz” czy „Mr. Doctor Man”, jak i  najnowszy singiel kapeli zatytułowany „Feel Something, Great.”. Alternatywny rock, glamrockowe inspiracje, punkowa energia i chwytliwe refreny sprawiły, że zarówno wieloletni fani, jak i osoby, które jak ja, po raz pierwszy zetknęły się z twórczością Palaye Royale, szybko dali się porwać atmosferze wydarzenia. Palaye Royale porwali tłum i pokazali, że rock może być jednocześnie nowoczesny, efektowny i całkowicie pozbawiony kompleksów. Śmiało można rzec, iż było to z pewnością jedno z najlepszych wystąpień całego festiwalu.

Don Broco – festiwalowa maszyna

Brytyjczycy z Don Broco pojawili się na scenie z jednym celem – rozruszać publiczność do granic możliwości. To właśnie sceniczna swoboda i umiejętność budowania relacji z odbiorcami są jednym z największych atutów Don Broco, co doskonale było widać w Warszawie. Muzycy przez cały występ emanowali pozytywną energią, a ich dynamiczne kompozycje skutecznie rozgrzewały zgromadzonych fanów. Kolejne utwory spotykały się z żywiołowymi reakcjami, a tłum nieustannie odpowiadał na zachęty płynące ze sceny. Don Broco mają niezwykłą zdolność zamieniania każdego koncertu w wielką imprezę i dokładnie to wydarzyło się również w Warszawie. Koncert był również pokazem muzycznej wszechstronności zespołu. Don Broco płynnie przechodzili od cięższych, gitarowych fragmentów do bardziej melodyjnych i nowoczesnych brzmień, dzięki czemu ich występ był niezwykle różnorodny i angażujący. To właśnie umiejętność łamania gatunkowych schematów od lat wyróżnia grupę na tle współczesnej sceny rockowej.

Three Days Grace – wielki finał

Na zakończenie drugiego dnia festiwalu przyszła pora na prawdziwych gigantów. Three Days Grace weszli na scenę przy ogłuszającym aplauzie i od pierwszych dźwięków pokazali, dlaczego ich utwory od ponad dwóch dekad dominują na rockowych playlistach na całym świecie. Koncert był perfekcyjnie skonstruowaną podróżą przez historię zespołu, a Adam Gontier nawet w skrócie przytoczył najważniejsze wydarzenia założonej w 1997 roku formacji. W secie nie zabrakło oczywiście największych przebojów, jak „I Hate Everything About You”, „Painkiller” czy „Animal I Have Become”, które publiczność śpiewała niemal głośniej od samego zespołu. Każdy kolejny utwór spotykał się z entuzjastyczną reakcją, a pod sceną można było zobaczyć zarówno wieloletnich fanów pamiętających początki grupy, jak i młodszych słuchaczy wychowanych na nowszych wydawnictwach. Three Days Grace nie potrzebowali skomplikowanych sztuczek i efektów specjalnych. Wystarczyły świetne piosenki, doświadczenie i świadomość własnej siły. Widać, że zespół czerpał energię z żywiołowej reakcji publiczności i zażartował nawet, iż jeśli to dla nas Ok, to chcą do nas wracać każdego roku, a reakcja publiczności na słowa Matta Walsta nie pozostawiła złudzeń, iż fani zespołu o niczym innym nie marzą. Finałowy koncert był dokładnie tym, czego oczekuje się od headlinera dużego festiwalu – efektowny, emocjonalny i pozostawiający niedosyt.

Festiwal, który znalazł własną tożsamość

Drugi dzień Summer Punch Festival 2026 pokazał, że organizatorzy doskonale rozumieją współczesną scenę rockową. Obok legend pokroju Three Days Grace czy Alexisonfire znalazło się miejsce dla zespołów reprezentujących nowe pokolenie, jak będący sensacją ostatnich lat Bad Omens, czy Wargasm oraz Palaye Royale. Dzięki temu festiwal nie był jedynie sentymentalną podróżą przez przeszłość, ale także prezentacją kierunków, w których rock rozwija się dziś najciekawiej. Warszawska publiczność zdała egzamin celująco. Tłumy pod scenami, entuzjastyczne reakcje i doskonała atmosfera sprawiły, że Summer Punch Festival miał wszystko, czego można oczekiwać od dużego rockowego święta. Jeśli kolejne edycje utrzymają ten poziom, Summer Punch Festival może w krótkim czasie stać się obowiązkowym punktem europejskiego kalendarza festiwalowego. Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać na pierwsze głoszenia kolejnej edycji, która w przyszłym roku odbędzie się w dniach 17-19 czerwca.

Zdjęcia z 2. dnia Summer Punch Festival 2026 znajdziecie w naszej galerii.