Spis treści
Andrzej Beya-Zaborski z serii "U Pana Boga..." nie żyje
Andrzej Beya-Zaborski odszedł w wieku 75 lat, pozostawiając w smutku tysiące fanów jego talentu. Urodzony 7 marca 1951 roku w Wałbrzychu artysta przez dziesięciolecia budował swoją pozycję w świecie kina oraz teatru. Widzowie pokochali go bezgranicznie za kreację komendanta Henryka Wołkołyckiego w popularnym cyklu "U Pana Boga...". Niedawno aktor po raz kolejny przywdział policyjny mundur w najnowszej odsłonie serii, zatytułowanej "U Pana Boga w Królowym Moście". Jego odejście to symboliczny koniec niezwykle barwnej epoki w dziejach polskiej kinematografii.
Andrzej Beya-Zaborski zaczynał od gry na perkusji
Mało kto zdaje sobie sprawę, że początkowo gwiazdor wcale nie wiązał swojej przyszłości z aktorstwem. W młodzieńczych latach to muzyka pochłaniała go bez reszty. Siedział za perkusją, koncertował z formacjami rockowymi oraz jazzowymi, a także dorabiał, grając na weselach. Z perspektywy czasu wspominał momenty, kiedy jego bębnienie robiło na słuchaczach ogromne wrażenie. Ówczesna prasa zachwycała się jego talentem, nazywając go istnym objawieniem. Z tego wczesnego etapu kariery wziął się również charakterystyczny pseudonim „Beya", na stałe włączony później do jego scenicznego nazwiska.
Z ogromnym dystansem i uśmiechem aktor wspominał dawne publikacje, w których tytułowano go „świetnym pałkarzem z Białegostoku". Współcześnie taki opis wydaje się pasować do całkowicie innej osoby. Pod maską opanowanego stróża prawa, z którym utożsamiała go cała Polska, ukrywała się artystyczna dusza utalentowanego instrumentalisty.
Andrzej Beya-Zaborski został aktorem przez przypadek
Historia jego wejścia na ścieżkę aktorską obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Zaborski nie marzył o scenie od najmłodszych lat, a do placówki kształcącej aktorów trafił zrządzeniem losu. To podczas rozmowy z żoną zapadła decyzja o przystąpieniu do egzaminów w studium lalkarskim. Sam gwiazdor po latach uczciwie deklarował, że początkowo brakowało mu nawet elementarnej wiedzy o specyfice teatru lalek. Miał jednak w głowie jeden jasny cel – pragnął występować przed publicznością.
Wszystko mogę robić, byle na scenie
Jak sam po latach przyznawał, pierwszy w swoim życiu wiersz wyrecytował dopiero w trakcie procesu rekrutacyjnego. Ostatecznie w 1978 roku został absolwentem Wydziału Lalkarskiego PWST w Białymstoku, po czym natychmiast rozpoczął wieloletnią współpracę z Białostockim Teatrem Lalek. Na tej scenie realizował się nie tylko jako odtwórca ról, ale również reżyser oraz ceniony pedagog. Mimo że to aktorstwo zdominowało jego ścieżkę zawodową, nigdy nie zrezygnował całkowicie z miłości do dźwięków. Instrumenty wciąż zajmowały ważne miejsce w jego sercu, a rodzina z rozbawieniem wspominała momenty, w których jego wnuczka siadała do bębnów, próbując naśladować muzyczne popisy dziadka.
Gwiazdor serii "U Pana Boga..." porzucił muzykę dla kina
Życie napisało dla niego niezwykle intrygujący scenariusz. Człowiek z ogromnym potencjałem muzycznym przeobraził się w jednego z najbardziej rozpoznawalnych mistrzów drugiego planu w rodzimej kinematografii. To właśnie kreacja Henryka Wołkołyckiego w filmach z serii "U Pana Boga..." zagwarantowała mu miejsce w sercach widowni. Postać ta zrosła się z nim do tego stopnia, że miliony Polaków natychmiast rozpoznawały jego specyficzną dykcję. Zaborski chętnie wracał do tej roli, ale jednocześnie z sukcesami angażował się w inne projekty telewizyjne, udowadniając wszechstronny warsztat.
Muzyczny epizod z młodości rzuca jednak zupełnie nowe światło na sylwetkę zmarłego artysty. Długo przed tym, nim założył serialowy mundur i przeniósł się do fikcyjnego Królowego Mostu, jego żywiołem był rytm wybijany na talerzach i werblach. Zgromadzone relacje i wycinki jasno dowodzą, że wcale nie był w tej dziedzinie jedynie poszukującym hobby amatorem.