"Powinniśmy mu pomóc, ale tego nie zrobiliśmy". Muzyk Iron Maiden wspomina erę Blaze'a Bayleya
W 1993 roku z brytyjskiej formacji Iron Maiden odszedł wokalista Bruce Dickinson, który postanowił skupić się w pełni na karierze solowej. Po serii przesłuchań jego następcą, w 1994, został natomiast Blaze Bayley, znany z grupy Wolfsbane. a. Z zespołem nagrał dwa studyjne albumy: The X Factor (1995) oraz Virtual XI (1998), na którym znalazły się takie utwory, jak m.in. Sign of the Cross, Man on the Edge czy The Clansman. W 1999 musiał opuścić skład, gdyż podjęto decyzję o powrocie Dickinsona.
Nie da się ukryć, że Bayley stanął przed ogromnie trudnym zadaniem. Wejść w tak duże buty w jednym z najsłynniejszych metalowych zespołów w historii było misją praktycznie niemożliwą.
Trasy koncertowe IM w drugiej połowie lat 90. zbierały raczej chłodne recenzje. Po latach perkusista formacji, Nicko McBrain, przyznał wprost, że zespół popełnił ogromny błąd i nie zrobił nic, by ułatwić nowemu koledze wykonanie klasycznego repertuaru.
W nowym wywiadzie dla Classic Album Review McBrain wyjaśnił, że powinni oni dostosować utwory nagrane bez Bayleya do jego możliwości głosowych. Tego ostatecznie jednak nie zrobili.
Nie obniżyliśmy strojenia gitar w utworach. Powinniśmy zejść o ton albo przynajmniej o pół tonu w dół. Skala, którą dysponował Bruce... to był absolutnie inny świat. Bruce to niemal sopran, podczas gdy Blaze to baryton. Różnica w barwie obu głosów była ogromna. Myślę, że Blaze miał bardzo ciężko. Trasa "Virtual XI" była dla niego naprawdę ciężka. I myślę, że naprawdę powinniśmy byli mu pomóc, transponując tonację utworów. Ale tego nie zrobiliśmy i to był trudny czas – wyjaśnił McBrain.
Nie tak dawno Steve Harris, basista i założyciel Iron Maiden, w podcaście Scars And Guitars, został zapytany, czy w tamtym czasie rozważał, aby przestroić znane utwory w dół, dzięki czemu Bayleyowi łatwiej by się je śpiewało.
– Zupełnie nie. Może z perspektywy czasu moglibyśmy tak zrobić. Ale wówczas naprawdę o tym nie myśleliśmy. Dopiero, kiedy byliśmy na trasie zdaliśmy sobie sprawę, że może być to problemem. Dziwne jest to, że Blaze był naprawdę pewny siebie w trakcie prób. Gdy jednak graliśmy na żywo, pojawiały się kłopoty tu i ówdzie. Ogólnie poradził sobie z tym wszystkim naprawdę dobrze. Blaze na pewno pomógł utrzymać w tamtym okresie zespół przy życiu, więc wiele mu zawdzięczamy – odparł Harris.