Jak hity pokroju "It's My Life" pozwoliły Talk Talk popełnić komercyjne samobójstwo?
Wyobraźcie sobie scenę: zespół u szczytu sławy, którego synth-popowe hymny jak „It’s My Life” dudnią z każdego radia, postanawia wcisnąć przycisk autodestrukcji. Tak właśnie postąpił Talk Talk, dokonując jednego z najbardziej radykalnych zwrotów w historii muzyki. Zamiast odcinać kupony od popularności, grupa świadomie zanurkowała w otchłań dźwiękowych eksperymentów. Owocem tej wolty były dwa albumy, „Spirit of Eden” i „Laughing Stock”, które w dniu premiery okazały się finansową katastrofą i doprowadziły do otwartej wojny z wytwórnią. Po latach jednak te płyty okrzyknięto kamieniami węgielnymi zupełnie nowego gatunku, post-rocka. Największą ironią losu jest to, że to właśnie rzeka pieniędzy zarobionych na popowych hitach pozwoliła zespołowi sfinansować zniszczenie swojej dotychczasowej tożsamości.
Początki kapeli wcale nie zapowiadały rewolucji. Powstały w 1981 roku Talk Talk, z Markiem Hollisem za sterami, idealnie wpisywał się w nurt nowej fali. Przez wspólnego producenta i kontrakt z EMI często wrzucano go do jednego worka z Duran Duran. Debiutancki krążek „The Party's Over” i przełomowy „It's My Life” zapewniły im międzynarodowy rozgłos i finansową stabilizację. Jednak to album „The Colour of Spring” z 1986 roku okazał się prawdziwym punktem zwrotnym. Jego gigantyczny sukces, z ponad dwoma milionami sprzedanych egzemplarzy, dał Hollisowi upragnioną swobodę. Pozwolił mu porzucić syntezatory, których, jak sam przyznał, używał głównie z oszczędności, na rzecz żywych, organicznych instrumentów. Chociaż płyta wbiła się do brytyjskiego Top 10, Hollis czuł, że konwencjonalne piosenki to dla niego wciąż za ciasna klatka.
Nagrania w ciemności i taśma na palcach skrzypka. Szaleństwo sesji "Spirit of Eden"
Uzbrojony w niemal nieograniczony budżet i artystyczne błogosławieństwo od EMI, zespół zabarykadował się na rok w londyńskim Wessex Studios, by powołać do życia „Spirit of Eden”. Sesje nagraniowe obrosły legendą. Studio pogrążono w całkowitej ciemności, którą rozpraszały jedynie lampy olejne i stroboskopy, tworząc atmosferę niemal mistycznego seansu. Zamiast pracować nad gotowymi kompozycjami, Mark Hollis i jego kluczowy współpracownik, Tim Friese-Greene, rejestrowali wielogodzinne improwizacje zaproszonych muzyków. Następnie, korzystając z nowatorskich technik cyfrowego montażu, składali z tych dźwiękowych puzzli gotowe utwory. Proces ten, inspirowany metodą „xenochrony” Franka Zappy, był piekielnie intensywny. Inżynier dźwięku Phill Brown wspominał dwunastogodzinne sesje w mroku, podczas których przez osiem miesięcy analizowano w kółko te same, krótkie fragmenty muzyczne.
Historyczne studio, w którego ścianach wciąż unosił się duch Sex Pistols i Queen, stało się świadkiem bezprecedensowych metod twórczych. Do improwizacji zaproszono około pięćdziesięciu muzyków, od chóru katedralnego po jazzowych kontrabasistów. Jedna z najsłynniejszych anegdot dotyczy sesji z wirtuozem skrzypiec, Nigelem Kennedym. Zespół uznał, że jego klasycznie wyszkolony styl jest zbyt gęsty i szybki. Aby zmusić go do wolniejszej gry, oklejono mu palce prawej dłoni taśmą izolacyjną. Ta niekonwencjonalna interwencja idealnie obrazuje bezkompromisowe dążenie Hollisa do brzmienia, w którym cisza i przestrzeń między dźwiękami stały się równie ważne jak same nuty.
Dlaczego Radiohead i Bon Iver zawdzięczają wszystko komercyjnej klapie Talk Talk?
Kiedy w marcu 1988 roku taśmy z gotowym albumem „Spirit of Eden” dotarły do siedziby EMI, w biurach wytwórni zapanował lodowaty szok. Materiał uznano za całkowicie niekomercyjny i niemożliwy do jakiejkolwiek promocji. Hollis kategorycznie odmówił wprowadzenia jakichkolwiek zmian, co zapoczątkowało otwarty konflikt i wielomiesięczny proces sądowy. Zespół ostatecznie wygrał batalię, uwalniając się od kontraktu. Nowy dom znalazł w wytwórni Verve Records, znanej z wydawania jazzu i awangardy. To tam, w podobnych warunkach, powstał ich ostatni album, „Laughing Stock” z 1991 roku, który jeszcze bardziej pogłębił eksperymentalną formułę i sprzedał się jeszcze gorzej, pieczętując ich status komercyjnych wyrzutków.
Dziedzictwo tych dwóch albumów okazało się jednak potężniejsze niż jakiekolwiek słupki sprzedaży. Termin „post-rock” został ukuty dopiero w 1994 roku przez krytyka Simona Reynoldsa, który opisał nim muzykę zespołu Bark Psychosis, wprost inspirowanego dokonaniami Talk Talk. Dziś „Spirit of Eden” i „Laughing Stock” są uznawane za dzieła założycielskie gatunku, a do ich wpływu przyznają się takie tuzy jak Radiohead, Bon Iver czy Elbow. Po wydaniu ostatniej płyty zespół się rozpadł, a Mark Hollis niemal całkowicie zniknął z życia publicznego, pozwalając, by muzyka mówiła sama za siebie. Osiągnął swój cel: stworzył dzieła ponadczasowe, które narodziły się z buntu przeciwko przemijającej modzie. W ten sposób jego muzyka stała się głośniejsza niż otaczająca go cisza.