Joy Division nagrało "Atrocity Exhibition", nie znając książki. Jak to możliwe?
Dystopijne wizje J.G. Ballarda nie były dla post-punka zwykłą inspiracją. One stały się jego mrocznym DNA, pulsującym pod chłodną, ascetyczną estetyką całego gatunku. W samym epicentrum tej literacko-muzycznej kolizji znalazł się zespół Joy Division, a jego utwór „Atrocity Exhibition” z albumu „Closer” jest na to najpotężniejszym dowodem. Co absolutnie fascynujące, Ian Curtis ochrzcił tak piosenkę, zanim na dobre wgryzł się w treść eksperymentalnych opowiadań Ballarda. Mimo to, z niemal zwierzęcym instynktem, wykrzyczał tekst, który uderzał w te same, niepokojące tony co Ballardowska wizja rozpadu, alienacji i cierpienia wystawionego na publiczny pokaz. To nie była chłodna adaptacja, a raczej mroczne proroctwo, które potwierdziło, jak głęboko te same lęki przeżerały brytyjską kulturę schyłku lat 70.
Zbiór „Wystawa okrucieństw” Ballarda, wydany w 1970 roku, zrodził się z osobistej tragedii pisarza po śmierci żony, nadając dziełu wymiar gorączkowego poszukiwania sensu w obliczu okrucieństwa losu. Curtis, walczący z niszczycielską epilepsją, której ataki opisywał jako totalny percepcyjny chaos, nieświadomie wylał na papier identyczny ból i poczucie osaczenia. Wersy z utworu „Disorder”, takie jak „lights are flashing, cars are crashing, getting frequent now”, są nie tylko echem Ballardowskiego przeciążenia technologią, ale też wstrząsającym, niemal reporterskim zapisem ataku padaczki. Publiczne widowisko, o którym pisał Ballard, dla Curtisa stało się brutalną sceniczną rzeczywistością, gdzie jego prywatna walka z chorobą była częścią rockowego spektaklu.
Nie tylko Joy Division. Jak The Normal zamknęło powieść "Kraksa" w jednym utworze
Aby pojąć, dlaczego surowa proza Ballarda tak mocno uderzyła w post-punkowych muzyków, wystarczy rzucić okiem na krajobraz Wielkiej Brytanii lat 70. Deindustrializacja, przytłaczająca architektura betonowych molochów i wszechobecne poczucie społecznego rozkładu tworzyły scenerię żywcem wyjętą z jego powieści. Dzieła takie jak „Wieżowiec”, „Wyspa z betonu” czy „Kraksa” przestały być fantastyką, a stały się brutalnie trafnym komentarzem do otaczającej rzeczywistości. Teoretyk kultury Mark Fisher stwierdził nawet, że Ballard i Burroughs byli dla post-punka ważniejsi niż jakakolwiek inspiracja muzyczna, bo dostarczyli gotowy leksykon do opisania technologicznej alienacji i psychicznego spustoszenia.
Ten fenomen nie ograniczał się wyłącznie do Joy Division. Już w 1978 roku Daniel Miller, przyszły założyciel legendarnej wytwórni Mute Records, pod szyldem The Normal wypuścił singiel „Warm Leatherette”, będący dźwiękową esencją powieści „Kraksa”. Zainspirowany lekturą, Miller postanowił zamknąć opowieść o perwersyjnej fascynacji wypadkami samochodowymi w dwuipółminutowej, minimalistycznej pigułce, nagranej we własnym mieszkaniu. Utwór, ze swoim surowym brzmieniem syntezatora i mechanicznym pulsem, położył fundamenty pod industrial i udowodnił, jak płynnie Ballardowska proza przekłada się na muzyczną rewolucję.
Od "duszonego kota" po hit "Cars". Jak Hannett i Numan unieśmiertelnili Ballarda
Wpływ Ballarda na Joy Division nie skończył się na tekstach Curtisa, ponieważ został w pełni zmaterializowany w brzmieniu przez producenta Martina Hannetta. To on zbudował dla zespołu unikalną, grobową architekturę dźwięku, która była idealnym odpowiednikiem Ballardowskich wizji. Stosując rewolucyjne jak na tamte czasy techniki, takie jak cyfrowe opóźnienia i bramkowany pogłos, Hannett celowo izolował instrumenty, tworząc wrażenie przeszywającej pustki i emocjonalnego chłodu. Gitara Bernarda Sumnera, przepuszczona przez tyle efektów, że Peter Hook skarżył się, iż brzmi jak „ktoś duszący kota”, przestała być rockowym wiosłem, a stała się elementem zimnego, industrialnego pejzażu.
Dziedzictwo tej mrocznej synergii literatury i muzyki okazało się niezwykle żywotne. Ballardowska fascynacja technologią, zwłaszcza samochodami jako symbolami nowoczesnej psychopatologii, wybrzmiała w twórczości Gary'ego Numana i jego nieśmiertelnym hicie „Cars”. Echa tych inspiracji słychać było dekady później w nazwie albumu Klaxons „Myths of the Near Future” czy u rapera Danny'ego Browna, który w 2016 roku wydał płytę „Atrocity Exhibition”, otwarcie przyznając się do czerpania z Joy Division i Ballarda. Okazało się, że połączenie literackiej dystopii z post-punkową wrażliwością stworzyło ponadczasowy język do opisywania lęków nowoczesności. Język, który do dziś nie stracił nic ze swojej gorzkiej mocy.