Joy Division i mit perkusji na dachu. Prawda jest jeszcze bardziej szalona!
Każdy fan Joy Division ma w głowie tę kultową scenę: zdeterminowany producent zmusza perkusistę, by ten wtaszczył cały swój zestaw na dach fabryki w poszukiwaniu idealnego, przestrzennego brzmienia. Ten obraz, spopularyzowany przez film „24 Hour Party People” z 2002 roku, na stałe wbił się w mitologię zespołu. Prawda, jak to często w rock'n'rollu bywa, okazuje się jednak znacznie bardziej pokręcona i fascynująca. Otóż Stephen Morris nigdy nie zagrał ani jednego uderzenia na dachu, ponieważ miejski zgiełk skutecznie zagłuszyłby każdy bęben. Prawdziwa magia działała się za zamkniętymi drzwiami studia, gdzie Martin Hannett, architekt brzmienia Joy Division, odprawiał swoje dźwiękowe rytuały, przekraczając granice wyobraźni. Zamiast wiatru i otwartej przestrzeni, Hannett zaprzągł do pracy na przykład piwniczną toaletę, w której umieścił głośnik, by uzyskać ten jedyny w swoim rodzaju, lodowaty pogłos perkusji.
Jego niemal maniakalna obsesja na punkcie separacji dźwięku doprowadziła do techniki, która doprowadzała muzyków do białej gorączki, ale dała piorunujący efekt. Hannett nalegał, aby Stephen Morris nagrywał każdy element zestawu perkusyjnego osobno. Najpierw stopa. Cięcie. Potem werbel. Cięcie. Tomy i talerze, wszystko w całkowitej izolacji, aby uniknąć jakichkolwiek „przesłuchów” między mikrofonami. Dawało mu to absolutną władzę nad każdym uderzeniem w postprodukcji, pozwalając swobodnie nakładać efekty na poszczególne bębny. To właśnie tak narodziło się charakterystyczne, mechaniczne i odhumanizowane brzmienie, które stało się znakiem rozpoznawczym albumu „Unknown Pleasures”. To nie była zwykła produkcja, to była prawdziwa rzeźba w dźwięku, która na zawsze zmieniła oblicze post-punka.
Joy Division nienawidzili tego brzmienia. Hannett stworzył arcydzieło wbrew ich woli
Dla Martina Hannetta konsoleta mikserska była kolejnym instrumentem w zespole, a studio nagraniowe jego osobistym laboratorium, w którym przeprowadzał śmiałe eksperymenty. Czerpiąc inspirację z prac Conny'ego Planka, niemieckiego guru krautrocka, Hannett całkowicie odrzucił ideę prostego dokumentowania tego, co zespół wypluwał z siebie na żywo. Jego misją było przekucie surowej, punkowej energii Joy Division w dźwiękowy pejzaż, pełen przestrzeni i mrocznej atmosfery. Gdy po zaledwie trzech szalonych weekendach w Strawberry Studios zespół usłyszał finalny miks „Unknown Pleasures”, opadły im szczęki, i to wcale nie z zachwytu. Basista Peter Hook latami wspominał, jak bardzo nienawidził tego brzmienia, ponieważ było ono absolutnym zaprzeczeniem ich spoconych, głośnych i dzikich koncertów. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiał, że Hannett stworzył ponadczasowe dzieło, które zdefiniowało nie tylko ich zespół, ale cały gatunek.
Jednak zanim jego nazwisko stało się synonimem brzmienia stajni Factory Records, Hannett już zdążył nieźle namieszać na niezależnej scenie Manchesteru. Jako współzałożyciel wytwórni Rabid Records, to on stał za konsoletą podczas nagrywania legendarnej EP-ki „Spiral Scratch” zespołu Buzzcocks z 1976 roku, uznawanej za pierwszy w pełni niezależny punkowy krążek. Jego talent do łamania zasad objawiał się również przy pracy z poetą punkiem Johnem Cooperem Clarkiem. Aby uzyskać naturalne echo dla jego głosu, zaprzągł do pracy szyb windy, w którym umieścił głośnik z mikrofonem. Każda sesja była dla niego poligonem doświadczalnym, a jego metody, choć często chaotyczne, zawsze pchały muzykę na nowe, nieodkryte tory.
Spray na owady zamiast hi-hatu? Poznaj szalone metody producenta Joy Division
Hannett był prawdziwym technologicznym geekiem i jednym z pierwszych producentów na świecie, który dorwał w swoje ręce cyfrowe cacko zwane AMS DMX 15-80. Miał otrzymać jeden z pierwszych egzemplarzy na zaledwie dwa tygodnie przed sesją do utworu „Digital” Joy Division, a urządzenie to natychmiast stało się kluczowym elementem jego arsenału. Miejska legenda głosi, że swoją wizję tego przełomowego sprzętu opisał inżynierom z firmy AMS na jakimś zamglonym parkingu, będąc w, delikatnie mówiąc, odmiennym stanie świadomości. To właśnie ta magiczna skrzynka sprawiła, że perkusja w post-punku zyskała swój charakterystyczny, nawiedzony i nieludzko precyzyjny puls. Dla niego technologia była narzędziem do materializowania dźwiękowych wizji, które, jak mawiał Vini Reilly z Durutti Column, wyprzedzały swoją epokę o całą dekadę.
Jego ekscentryczność obrosła legendą, a opowieści o jego studyjnych wyczynach do dziś krążą wśród muzyków. Potrafił godzinami leżeć na podłodze pod konsoletą, twierdząc, że tylko z tej perspektywy jest w stanie usłyszeć „uchwytną ciszę między nutami”. Podczas jednej z sesji, po trzech godzinach kręcenia gałkami przy brzmieniu bębnów, spojrzał na muzyków i rzucił enigmatycznie: „Myślę, że to musi być bardziej fioletowe”, nie dając im żadnych dalszych wskazówek. Wisienką na torcie było zmuszenie Bernarda Sumnera, by w „She's Lost Control” zamiast hi-hatu użył puszki z aerozolem na owady. Te anegdoty, choć brzmią jak fragmenty filmowego scenariusza, pokazują, że mit o graniu na dachu to zaledwie rozgrzewka przed prawdziwymi metodami producenta. Prawdziwe szaleństwo i geniusz Martina Hannetta na zawsze ukształtowały zimne, surowe brzmienie nowej fali.