Dźwięk, który zdefiniował dekadę: Big Muff i ściana gitar The Smashing Pumpkins
Gdyby rock alternatywny lat 90. miał swoje dźwiękowe DNA, jego kod byłby zapisany w obwodach jednego, niepozornego pudełka. Sercem potężnej, gęstej i momentami brutalnej ściany dźwięku, która zdominowała tamtą dekadę, był efekt gitarowy Big Muff. To właśnie jego rzadka wersja, znana jako Op-Amp, stała się tajnym orężem w arsenale Billy'ego Corgana, gdy The Smashing Pumpkins wchodzili do studia, by nagrać swoje opus magnum, czyli album „Siamese Dream”. Siedzący za konsoletą Butch Vig początkowo łapał się za głowę, bo sound, który kręcił Corgan, był w jego ocenie kompletnie nierejestrowalny, określając go jako „za głośny, za brudny, za chaotyczny”. Lider „Dyni” nie dał jednak za wygraną. Z uporem maniaka nakładał od czterech do sześciu warstw przesterowanych gitar, rzeźbiąc monumentalną, wielowymiarową teksturę, która na zawsze stała się brzmieniowym stemplem zespołu i rzuciła cień na całą dekadę.
Jak narodził się Big Muff? Legenda o Hendrixie i dowód od Santany
Cofnijmy się do samego początku tej gitarowej rewolucji, do roku 1969. To wtedy Mike Matthews z Electro-Harmonix i Bob Myer z Bell Labs postawili sobie za cel stworzenie Świętego Graala gitarzystów, czyli efektu o niemal nieskończonym podtrzymaniu dźwięku, znanym szerzej jako sustain. Matthews, który w prototypie zobaczył iskrę geniuszu, zamknął się w warsztacie na kilka dni. Niczym szalony naukowiec lutował i wymieniał kondensatory, by okiełznać chaos i pozbyć się niechcianych szumów. Marzył o uzyskaniu „słodkiego, smyczkowego dźwięku”, co ostatecznie stało się faktem. W ten sposób Big Muff zyskał swój unikalny charakter, łącząc brutalną siłę przesteru z zaskakującą muzykalnością, co natychmiast przykuło uwagę największych tuzów gitary tamtych czasów.
Miejska legenda głosi, że pierwszy egzemplarz, który trafił na ladę nowojorskiego sklepu Manny's Music, wpadł w ręce samego Jimiego Hendrixa. Choć historycy gitarowego sprzętu do dziś toczą o to spory, sam Matthews zarzekał się, że na własne oczy widział, jak Hendrix czaruje z jego efektem w studiu. Jedno jest natomiast pewne: jednym z pierwszych wielkich ambasadorów Big Muffa był Carlos Santana, który wykorzystywał jego potężny sustain do tkania swoich niekończących się, hipnotycznych solówek. Mike Matthews do dziś trzyma w ramce czek od Santany z 1971 roku, który jest nie tylko dowodem zakupu, ale i namacalnym świadectwem narodzin legendy.
Jak Big Muff trafił z rąk Gilmoura za Żelazną Kurtynę?
Przez kolejne lata Big Muff ewoluował niczym rock'n'rollowy organizm, a każda jego mutacja zyskiwała status kultowej. Pierwsza, ochrzczona mianem „Triangle” od charakterystycznego układu pokręteł, uderzała potężnym dołem pasma. Chwilę później na scenę wjechała edycja „Ram's Head”, której najsłynniejszym ambasadorem stał się David Gilmour z Pink Floyd. To właśnie ten model jest odpowiedzialny za nieziemsko płynne brzmienie solówki w utworze „Comfortably Numb” oraz za cięższe, bardziej agresywne riffy na albumach „Animals” i „The Wall”. Drobne różnice w trzewiach każdego modelu sprawiały, że każdy wariant miał swój unikalny charakter, od psychodelicznego, syczącego fuzzu po gęsty, mięsisty przester.
Jednak burzliwe lata 80. omal nie pogrzebały legendy. Konflikty ze związkami zawodowymi i finansowa zapaść zmusiły Electro-Harmonix do zamknięcia fabryki w Nowym Jorku. Gdy wydawało się, że to koniec, historia Big Muffa wykonała zaskakującą woltę za żelazną kurtyną. Matthews spakował walizki i ruszył do Związku Radzieckiego, gdzie w 1990 roku jego nowa firma, Sovtek, wskrzesiła produkcję. Modele powstałe w Rosji, jak „Civil War” czy ikoniczny „Green Russian”, zapakowane w toporne, pancerne obudowy, szturmem zdobyły serca muzyków grunge'owych i alternatywnych. Szybko stały się podstawowym narzędziem w arsenale takich grup jak Sonic Youth czy The Black Keys.
Dlaczego J Mascis wpadł w panikę, gdy skradziono mu Big Muffa?
Żaden gatunek nie przytulił jednak Big Muffa tak mocno jak rock alternatywny. To była miłość od pierwszego wdepnięcia. Zespół Mudhoney posunął się nawet do tego, by oddać mu hołd w tytule swojej debiutanckiej EP-ki „Superfuzz Bigmuff”, co było głośnym i czytelnym manifestem brzmieniowym dla całej sceny Seattle. J Mascis z Dinosaur Jr. był wręcz uzależniony od swojego egzemplarza. Gdy pewnej nocy skradziono mu go po koncercie w legendarnym klubie CBGB's, wpadł w panikę i natychmiast zaczął gromadzić zapasowe sztuki. Zrozumiał wtedy, że bez tego pudełka jego gitarowa tożsamość po prostu nie istnieje. Z przesteru korzystali także inni giganci sceny, jak Kim Thayil z Soundgarden, a nawet sam Kurt Cobain, który chętnie eksperymentował z jego potężnym brzmieniem.
I tak historia zatacza koło, wracając do Billy'ego Corgana i jego wersji Op-Amp, którą dorwał za śmieszne 75 dolarów. To właśnie to niepozorne urządzenie stało się dla niego kluczem do wyważenia dotychczasowych drzwi i zbudowania unikalnej, wielowarstwowej ściany dźwięku The Smashing Pumpkins. Big Muff przestał być tylko dopalaczem do solówek, a w rękach Corgana i innych pionierów lat 90. stał się narzędziem do rzeźbienia całych dźwiękowych pejzaży. To najlepszy dowód na to, jak jedno małe, metalowe pudełko może na zawsze zmienić oblicze muzyki gitarowej i sprawić, że jedyne czego chcesz, to podkręcić głośność do jedenastu.