Uciekli od lakieru do włosów, by wskrzesić psychodelię lat 60. Na czym polegał fenomen Paisley Underground?

2026-02-14 18:30

W czasach, gdy rockiem rządziły syntezatory i hair metal, niektórzy muzycy świadomie wybrali inną drogę. W kalifornijskim podziemiu narodził się cichy bunt, który zamiast patrzeć w przyszłość, wrócił do psychodelii lat 60. Tak powstała scena Paisley Underground, która znalazła swojego największego fana na samym szczycie list przebojów.

The Byrds

i

Autor: Joost Evers / Anefo/ CC BY-SA 3.0

Bunt przeciwko lakierowi do włosów. Jak w LA narodził się Paisley Underground?

W samym sercu dekady ociekającej syntezatorami i lakierem do włosów, gdy radiowy eter zdominował synth-pop i hair metal, w słonecznym Los Angeles zaczęła się cicha, gitarowa rebelia. Grupa młodych muzyków, zamiast płynąć z prądem, postanowiła podłączyć instrumenty pod prąd i spojrzeć w przeszłość, prosto w wir psychodelicznej rewolucji lat 60. Łącząc post-punkową energię z zakurzonymi melodiami The Byrds, Love czy The Velvet Underground, stworzyli scenę znaną jako Paisley Underground. Choć jej płomień najjaśniej płonął zaledwie przez kilka lat, między 1981 a 1986 rokiem, jej soniczne echo odbiło się potężnie, kładąc fundamenty pod rock alternatywny.

Geneza tego ruchu była świadomym aktem buntu przeciwko mainstreamowej papce. Młodzi muzycy, często koneserzy dźwięku pracujący w sklepach płytowych i wierni słuchacze akademickich rozgłośni, z premedytacją odrzucali stadionowe hymny. Zamiast tego na swoich gramofonach katowali artystów pomijanych przez masy, jak Big Star czy Syd Barrett z Pink Floyd. To był ideologiczny manifest, w którym subtelne harmonie i dzwoniące gitary wygrywały z punkową agresją i chłodem elektroniki. Scena, choć wyrosła z garażowego etosu DIY, całą swoją siłę postawiła na piosenki, tworząc brzmienie jednocześnie świeże i cudownie anachroniczne. Jej nieformalnym centrum dowodzenia stały się grille organizowane w Hollywood przez zespół Green on Red, gdzie w oparach dymu rodziły się nowe pomysły i zawiązywały muzyczne sojusze.

Muzyka rockowa lat 80-tych - zagranica. Albumy, które dziś są legendarne

Paisley Underground. Nazwa, której nienawidzili, i płyty, które pokochał Kurt Cobain

Samo określenie „Paisley Underground” narodziło się, jak to często bywa w rock'n'rollu, z czystego przypadku i, co ironiczne, większość zespołów początkowo krzywiła się na tę etykietkę. Termin rzucił mimochodem Michael Quercio z The Three O'Clock podczas wywiadu, zainspirowany wzorzystą sukienką swojej przyjaciółki. Muzycy uważali nazwę za mylącą, bo jak wrzucić do jednego worka pustynny rock Green on Red i country-punkowe galopady Long Ryders? Mimo to łatka przylgnęła na dobre. Prawdziwą definicją brzmienia sceny stały się jednak albumy, które dziś noszą status kultowych. Debiut The Dream Syndicate, „The Days of Wine and Roses” z 1982 roku, nagrany w zaledwie kilka dni, wstrząsnął amerykańskim podziemiem, a po latach sam Kurt Cobain wskazywał go jako jedną ze swoich największych inspiracji.

Kolejnymi drogowskazami na psychodelicznej mapie były takie krążki jak „Emergency Third Rail Power Trip” (1983) grupy Rain Parade, malujący krystaliczne, wielowarstwowe pejzaże dźwiękowe, czy „Native Sons” (1984) zespołu Long Ryders, który zbudował most między dziedzictwem Grama Parsonsa a nadchodzącą falą alt-country. Duch wspólnoty i wzajemnego szacunku najpełniej wybrzmiał na płycie „Rainy Day” z 1984 roku. W ramach tego projektu kluczowi gracze sceny zamknęli się w małym, ukrytym studiu w Venice, by wspólnie oddać hołd swoim idolom z lat 60., biorąc na warsztat utwory Boba Dylana i The Beach Boys.

Jak Prince pomógł The Bangles? I jak z dramy w Opal narodziło się Mazzy Star?

Podczas gdy większość kapel Paisley Underground na zawsze pozostała w kręgu kultu, jedna formacja zdołała sforsować bramy mainstreamu i wbić się na szczyty list przebojów, osiągając status megagwiazd. Mowa oczywiście o The Bangles. Ich komercyjny sukces nie byłby jednak możliwy, gdyby nie wsparcie od nieoczekiwanego fana, samego Prince’a. Artysta, przeżywający wówczas własną psychodeliczną fazę, nie tylko podarował zespołowi globalny hit „Manic Monday”, ale także nazwał swoją wytwórnię i studyjny kompleks Paisley Park Records, wysyłając czytelny sygnał w stronę sceny z L.A. Co więcej, w 1988 roku sięgnął po kolejny zespół z tego kręgu, podpisując kontrakt z The Three O'Clock.

Płomień sceny zaczął przygasać w połowie lat 80., ale jej dziedzictwo miało odrodzić się z popiołów dekadę później za sprawą spektakularnego sukcesu Mazzy Star. Powstanie tego duetu było zresztą bezpośrednim, choć dramatycznym, skutkiem wewnętrznych przetasowań. Gdy basistka Kendra Smith nagle zniknęła w połowie trasy swojego zespołu Opal, jej miejsce zajęła Hope Sandoval. Razem z Davidem Robackiem, znanym wcześniej z Rain Parade, stworzyła duet, którego hipnotyczny singiel „Fade Into You” w 1994 roku rozlał się po falach eteru na całym świecie. Rzucił przy tym nowe światło na całą scenę, z której wyrośli jego twórcy. W ten sposób historia zatoczyła koło, a podziemna rewolucja z Los Angeles udowodniła, że nie była chwilową modą. Okazała się trwałym, gitarowym kręgosłupem dla całych pokoleń artystów dream-popu, grunge'u i alt-country.