Paul McCartney idzie boso, a Lennon jest kapłanem. Jak okładka "Abbey Road" stała się dowodem na śmierć Beatlesa?

2026-02-15 17:34

Fani rocka potrafią analizować okładki płyt z pietyzmem godnym detektywów. W przypadku The Beatles ta pasja przerodziła się w globalną psychozę, gdy świat obiegła największa teoria spiskowa w historii rocka. Legenda o tym, że Paul is dead, opierała się na wskazówkach ukrytych w muzyce i grafikach. Prawdziwy początek tej histerii jest jednak znacznie bardziej absurdalny i wiąże się z jednym studenckim żartem.

The Beatles

i

Autor: The Beatles / Materiały prasowe

"Turn me on, dead man" - jak studencki żart stał się globalną histerią

Pod koniec lat 60. muzyczny świat zadrżał w posadach, a tysiące fanów The Beatles na całym świecie połączył jeden, mrożący krew w żyłach refren: Paul McCartney nie żyje. Zgodnie z teorią, która rozprzestrzeniała się z prędkością rockowego riffu, basista zginął w wypadku samochodowym w 1966 roku, a jego miejsce w zespole zajął sobowtór. To, co brzmiało jak scenariusz psychodelicznego filmu, stało się jednym z największych fenomenów w historii muzyki, zmuszając słuchaczy do porzucenia gramofonów na rzecz lupy i detektywistycznego zacięcia. Fani analizowali okładki albumów niczym mapy skarbów, a winyle kręciły się w drugą stronę, by wyłapać ukryte wiadomości zza grobu. Legenda "Paul is dead" na kilka tygodni stała się największym hitem na listach przebojów globalnej wyobraźni, zanim Wielka Czwórka zdołała ugasić ten informacyjny pożar.

Choć pierwsze iskierki plotek pojawiały się już wcześniej, prawdziwa eksplozja nastąpiła 17 września 1969 roku. Iskrą, która podpaliła lont, okazał się artykuł "Is Beatle Paul McCartney Dead?" opublikowany w studenckiej gazecie Drake University. Największą ironią tej historii jest fakt, że jego autor, Tim Harper, nie posiadał na półce nawet jednego albumu The Beatles. Prawdziwe paliwo rakietowe tej teorii dostarczyła jednak audycja radiowa. DJ Russ Gibb ze stacji WKNR-FM w Michigan, sprowokowany telefonem od słuchacza, odpalił dwugodzinny program "The Beatle Plot". W ciągu zaledwie kilku dni wieść o śmierci Paula poniosła się na falach radiowych przez 38 stanów, zmieniając akademicką ciekawostkę w ogólnonarodową obsesję.

Eska Rock_Lista najważniejszych brytyjskich zespołów rockowych w historii. Nie tylko Beatlesi i Stonesi

Pogrzeb na okładce Abbey Road. Jakie dowody na śmierć Paula ukryto w piosenkach?

Zwolennicy teorii doszukiwali się "dowodów" z zapałem godnym rockowych pielgrzymów, a okładki płyt stały się dla nich świętymi księgami spiskowców. Największą karierę zrobiła oczywiście okładka albumu "Abbey Road", którą zinterpretowano jako scenografię rock'n'rollowego pogrzebu. John Lennon w bieli miał być kapłanem, Ringo Starr w czerni odgrywał rolę żałobnika, a George Harrison w dżinsach z pewnością był grabarzem. Sam Paul, idący boso i z papierosem w prawej dłoni, mimo że był leworęczny, jawił się jako nieboszczyk w swojej ostatniej drodze. Kropką nad i dla poszukiwaczy prawdy była okładka "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band". Na ramieniu Paula dopatrzono się naszywki z napisem "O.P.D.", który natychmiast odczytano jako skrót od "Officially Pronounced Dead".

Polowanie na wskazówki szybko przeniosło się z obrazu na dźwięk, a odtwarzanie utworów od tyłu stało się niemal sportem narodowym. Puszczając fragment eksperymentalnego "Revolution 9" wspak, można było rzekomo usłyszeć mrożący krew w żyłach szept "Turn me on, dead man". Z kolei na końcu "Strawberry Fields Forever" John Lennon miał wyznawać "I buried Paul", choć w rzeczywistości jego słowa brzmiały "cranberry sauce". Co ciekawe, sam Lennon uwielbiał dolewać oliwy do ognia. W utworze "Glass Onion" z 1968 roku celowo umieścił zagmatwane wersy w stylu "morsem był Paul", by zakpić z fanów, którzy w każdym dźwięku doszukiwali się drugiego dna.

To wszystko cholernie głupie! Jak Paul McCartney w końcu zdementował swoją śmierć?

Podczas gdy świat spekulował o jego pogrzebie, żywy i zdrowy Paul McCartney zaszył się na swojej farmie w Szkocji. Jego medialna cisza była jednak głośniejsza niż jakikolwiek riff i tylko podkręcała atmosferę. Biuro prasowe zespołu bezskutecznie próbowało zdementować plotki, które żyły już własnym życiem. John Lennon określił teorię jako "szaloną", ale z właściwym sobie cynizmem przyznał, że to fantastyczna reklama. Ringo Starr skwitował to z filozoficznym spokojem, mówiąc, że jeśli ludzie chcą w coś wierzyć, to i tak będą. Paradoksalnie, całe zamieszanie dało starszym albumom The Beatles nowe życie, a "Abbey Road" wbiło się na szczyty list sprzedaży w USA, bijąc wszelkie rekordy. Co zabawne, wiele "dowodów", w tym tożsamość sobowtóra jako "Williama Campbella", zmyślił dla żartu student Fred LaBour, który był w szoku, że jego satyrę potraktowano śmiertelnie poważnie.

Kres spekulacjom położył dopiero sam zainteresowany. W listopadzie 1969 roku McCartney udzielił wywiadu magazynowi "Life", komentując całą sprawę krótko i dosadnie: "To wszystko cholernie głupie". Cierpliwie wytłumaczył, że na zdjęciu do "Abbey Road" był boso, bo akurat był upalny dzień, a naszywka "O.P.D." to pamiątka od kanadyjskiego policjanta z Ontario Provincial Police. Wiele lat później McCartney zamknął temat w iście mistrzowskim stylu, wydając w 1993 roku koncertowy album "Paul Is Live". Jego okładka była genialną parodią "Abbey Road", na której w pełni żywy muzyk miał na sobie buty, a rejestracja słynnego garbusa głosiła "51IS", czyli jego faktyczny wiek. W ten sposób McCartney nie tylko udowodnił, że żyje, ale też pokazał, że jego poczucie humoru ma się lepiej niż kiedykolwiek. Największa mistyfikacja w historii rocka przeszła do historii, ucząc nas, że czasem sos żurawinowy to po prostu sos żurawinowy.

Oto najlepsze albumy w dorobku The Beatles [TOP5]: