Jego twórca przeznaczył go dla punków. Kto tak naprawdę jest właścicielem Eddiego z Iron Maiden?

2026-02-15 11:13

Są symbole w heavy metalu, które natychmiast rozpoznaje każdy fan gatunku. Postać Eddiego stała się siódmym członkiem Iron Maiden i wizytówką zespołu, choć jej twórca, Derek Riggs, początkowo przeznaczył ją dla punkowej sceny. Prawdziwy dramat kryje się jednak w sporze o to, do kogo tak naprawdę należy prawo do tej ikony.

Iron Maiden

i

Autor: Richard Isaac / Shutterstock/ East News

Miał trafić na okładkę punkowej płyty. Jak Eddie stał się ikoną metalu?

Są maskotki i jest Eddie. W rockowym panteonie mało która postać tak mocno splotła swoje DNA z zespołem, jak upiorny stwór Iron Maiden. Stworzony przez artystę Dereka Riggsa, Eddie szybko wykroczył poza ramy zwykłego wizerunku z okładek, stając się pełnoprawnym, siódmym członkiem brytyjskiej legendy. Jego upiorna twarz zdobi każdy album i gadżet, a podczas koncertów góruje nad publicznością, będąc nie tylko symbolem zespołu, ale i ikoną całego gatunku. Eddie to fenomen, który z pojedynczej ilustracji przeistoczył się w żywą, a raczej nieumarłą, legendę, której historia jest równie porywająca, co riffy, które promuje.

Początki tej ikony sięgają końca lat 70., kiedy samouk z Portsmouth, Derek Riggs, powołał do życia ilustrację zatytułowaną „Electric Matthew Says Hello”. Obraz, pierwotnie pomyślany jako okładka dla jakiegoś punkowego składu, przedstawiał postać o aparycji zombie. Prawdziwy przełom nastąpił, gdy menedżer Iron Maiden, Rod Smallwood, przeglądając portfolio Riggsa, wyłowił to dzieło. Zafascynowany jego potencjałem, poprosił artystę o jedną kluczową modyfikację, która miała wszystko zmienić. Nakazał dodać postaci dłuższe włosy, aby lepiej wpisywała się w metalowy dress code. W ten sposób narodził się Eddie, który zadebiutował w lutym 1980 roku na okładce singla „Running Free”, by dwa miesiące później w pełnej krasie uderzyć z frontu debiutanckiego albumu zespołu.

Oto najlepsze metalowe albumy koncertowe w historii. Jakie tytuły wskazała sztuczna inteligencja?

Jak Eddie zarabiał więcej niż albumy Iron Maiden? Oto jego złota dekada

Lata 80. to złota era współpracy Riggsa z Iron Maiden, prawdziwy wizualny szturm, podczas którego Eddie przechodził nieustanne metamorfozy, idealnie odzwierciedlając tematykę kolejnych albumów. Z ulicznego zabijaki na okładce „Killers” ewoluował w pacjenta po lobotomii na „Piece of Mind”, by za chwilę rządzić jako egipski faraon na monumentalnym „Powerslave”, czy wreszcie wyruszyć w przyszłość jako cyborg na futurystycznym „Somewhere in Time”. Każde wcielenie było starannie przemyślanym strzałem w dziesiątkę, a praca Riggsa stawała się coraz bardziej złożona. Stworzenie okładki do „Powerslave” zajęło mu aż trzy miesiące tytanicznej pracy. Artysta był wówczas związany kontraktem na wyłączność, co cementowało jego pozycję jako jedynego architekta wizualnego uniwersum Iron Maiden.

Ilustracje Riggsa były czymś znacznie więcej niż tylko tłem dla muzyki, stając się integralną częścią doświadczenia każdego fana. Okładka albumu „Somewhere in Time” z 1986 roku jest tego najlepszym przykładem, naszpikowanym aż 39 ukrytymi detalami i smaczkami dla wtajemniczonych, od odniesień do poprzednich płyt, przez Gwiezdne Wojny, aż po majaczącą w tle postać Batmana. Eddie ożywał również na scenie, ewoluując z prostej maski, z której ciekła sztuczna krew, w gigantyczną, trzydziestometrową mumię strzelającą iskrami z oczu podczas trasy World Slavery Tour. Te spektakularne wizualizacje sprawiły, że fani dosłownie oszaleli na jego punkcie, a merchandising z Eddiem zaczął generować większe przychody niż sprzedaż samych albumów.

Czy Iron Maiden ukradło Eddiego? Nierozwiązany spór o prawa autorskie

Niezwykła popularność Eddiego stała się w końcu źródłem napięć, bo bestia zaczęła wymykać się spod kontroli. Członkowie zespołu poczuli, że magnetyzm postaci stworzonej przez Riggsa rzuca zbyt duży cień na ich muzykę. Sytuacja zaogniła się na początku lat 90., a album „Fear of the Dark” z 1992 roku był ostatnim, przy którym artysta pełnił rolę głównego ilustratora. Od tego momentu Iron Maiden otworzyło się na współpracę z innymi twórcami, jak Melvyn Grant, poszukując świeżego spojrzenia. Drogi zespołu i artysty, który dał im ikoniczną twarz, ostatecznie się rozeszły, otwierając nowy rozdział w historii Eddiego.

Największa kontrowersja, niczym niedokończone gitarowe solo, wisi nad tą historią do dziś i dotyczy praw autorskich do samej postaci. Derek Riggs publicznie utrzymuje, że nigdy formalnie nie sprzedał praw do Eddiego jako bohatera, a kontrakt obejmował jedynie licencję na wykorzystanie konkretnych obrazów. Oznaczałoby to, że wciąż jest jego właścicielem, choć zespół ma na ten temat zupełnie inne zdanie. Chociaż Riggs nigdy nie wszedł na drogę sądową, ten nierozwiązany spór rzuca cień na dziedzictwo legendy. Niezależnie od prawnych zawiłości, dla milionów fanów Eddie na zawsze pozostanie siódmym, nieumarłym członkiem załogi Iron Maiden.

Oto najlepsze albumy Iron Maiden według czytelników "Eski Rock" [TOP10]: