Londyn wczesnych lat siedemdziesiątych dusił się od brokatu i dwuznaczności. David Bowie jako Ziggy Stardust malował na czole kosmiczny piorun, Marc Bolan z T. Rex owijał się w boa z piór, a rock’n’roll zrzucał skórę prostego buntu na rzecz teatralnej, androginicznej celebry. W tym kotle wrzało coś nowego, coś, co czekało na swojego proroka. Mało kto spodziewał się, że objawi się on w postaci młodego, klasycznie wykształconego aktora, który o rockowych stadionach raczej nie myślał, a o scenie – owszem, ale tej obitej pluszem w teatrach West Endu. Tim Curry, bo o nim mowa, miał wkrótce stać się twarzą rewolucji, której wcale nie planował. Po latach, z właściwą sobie ironią, podsumował naturę bestii, którą pomógł stworzyć i która go ukształtowała.
Nie ma nic bardziej przerażającego niż musical, ale nie ma też prostszej drogi do czystej radości. Dochodzenie do tego przypomina jednak pchanie syropu pod górę.
Te słowa to esencja jego największego dzieła – roli, która stała się jednocześnie jego błogosławieństwem i przekleństwem.
Jak diabeł z pudełka wyskakuje w pończochach?
Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania na ulicy. Curry, świeżo po występie w londyńskiej produkcji musicalu Hair, wpadł na Richarda O’Briena, ekscentrycznego aktora i autora piosenek. O’Brien szukał właśnie „mięśniaka, który umie śpiewać” do swojego nowego, dziwacznego przedstawienia. Zaintrygowany Curry poprosił o scenariusz. To, co przeczytał, było czystym szaleństwem – historią o parze grzecznych narzeczonych, których samochód psuje się w deszczową noc, zmuszając ich do szukania pomocy w upiornym zamku. Zamku, którym władał Dr Frank-N-Furter, „słodki transwestyta z planety Transseksualna w galaktyce Transylwania”. Pomysł był tak absurdalny, że mógł okazać się albo totalną klapą, albo fenomenem. Curry postawił na to drugie.
Praca nad rolą była właśnie tym symbolicznym „pchaniem syropu pod górę”. Początkowo Curry próbował grać Franka z niemieckim akcentem. Potem z amerykańskim. Nic nie pasowało. Przełom nastąpił, gdy usłyszał pewną kobietę w autobusie, która z typowo brytyjską, arystokratyczną manierą pytała kogoś: „Czy ma pan dom w mieście, czy na wsi?”. To było to. Frank-N-Furter musiał mówić jak królowa Anglii w gorsecie i kabaretkach. Reżyser, Jim Sharman, dołożył do tego diaboliczny, naukowy sznyt i narodził się potwór. Kiedy The Rocky Horror Show zadebiutował na deskach Royal Court Theatre w 1973 roku, publiczność oszalała. Krytycy pisali o „krzykliwie Bowie’owskiej kreacji”. To nie był już tylko teatr. To był rock’n’rollowy seans spirytystyczny.
Czy Tim Curry naprawdę chciał być gwiazdą rocka?
Dwa lata później powstała filmowa adaptacja, The Rocky Horror Picture Show, która z Curry’ego uczyniła ikonę kultu. Film na początku furory nie zrobił, ale z czasem zaczął żyć własnym życiem podczas nocnych seansów, gdzie publiczność przebierała się za bohaterów i odgrywała całe sceny. To stało się, jak sam Curry mówił, „rytuałem przejścia” i „gwarantowaną weekendową imprezą”. On sam, chłopak o głosie sopranisty, który w młodości słuchał Billie Holiday, a potem fascynował się Beatlesami i Stonesami, nagle stał się twarzą najbardziej wywrotowego zjawiska w popkulturze. Drzwi do rockowego świata stanęły otworem.
A&M Records wyczuło potencjał i podpisało z nim kontrakt. W latach 1978–1981 Curry wydał trzy albumy: Read My Lips, Fearless i Simplicity. To była solidna, rockowa robota, pełna coverów (w tym reggae’owej wersji „I Will” Beatlesów) i autorskich numerów, jak jego jedyny przebój na liście Billboardu, „I Do the Rock”. Ruszył w trasy po Ameryce Północnej, grał koncerty, był gwiazdą. A jednak coś nie do końca zaskoczyło. Mimo całego talentu i scenicznej charyzmy, Curry dla świata wciąż był Frankiem-N-Furterem. Rola przypadkowej ikony rocka okazała się znacznie silniejsza niż jego świadome próby zostania muzykiem. Był rockmanem z definicji, ale nie z wyboru. Grał go na scenie tak brawurowo, że publiczność nie chciała już nikogo innego.
Gorset, który trudno zdjąć
Kiedy kurz po rock’n’rollowej przygodzie opadł, Curry wrócił do aktorstwa z pełną mocą, udowadniając, że nie jest artystą jednej roli. I to jakiej! Zagrał Mozarta w broadwayowskiej inscenizacji Amadeusza (nominacja do nagrody Tony), demonicznego Mrocznego Pana w Legendzie Ridleya Scotta, przerażającego klauna Pennywise’a w ekranizacji To Stephena Kinga czy kardynała Richelieu w Trzech Muszkieterach. Jego talent do grania wyrazistych, często złowrogich, ale zawsze charyzmatycznych postaci, był niezaprzeczalny. A jednak cień Franka-N-Furtera kładł się na jego karierze przez dekady.
Ten jeden musical, „przerażający” w swojej wymagającej odwadze i „radosny” w wyzwalającej energii, zdefiniował go na zawsze. Był jak tatuaż, którego nie da się usunąć. Nawet gdy grał najmroczniejsze postacie, gdzieś w tle pobrzmiewało echo tego aroganckiego, lubieżnego śmiechu z transylwańskiego zamku. Pchanie syropu pod górę zakończyło się sukcesem, ale ten gęsty, słodki płyn obkleił go na resztę życia. Słodki transwestyta z Transylwanii okazał się pułapką, ale i nieśmiertelnością.