Nie da się ukryć - ostatnie dni sierpnia to bardzo przykry czas dla całego świata kultury. Kilka dni temu polskie kino żegnało jednego z najwybitniejszych rodzimych aktorów, Jana Frycza. 25 sierpnia zaś świat obiegła informacja o śmierci Dolly Parton, jednej z ikon muzyki country. Artystka odeszła w wieku 80 lat po krótkiej walce z chorobą nowotworową, o czym oficjalnie poinformował jej rzecznik.
Zaledwie dzień po Dolly przyszło nam pożegnać prawdziwą legendę kina. W wieku 80 lat zmarł Tim Curry. Słynny aktor zyskał światowe uznanie i rozpoznawalność w dużej mierze za sprawą produkcji Rocky Horror Picture Show, grał także m.in. w To (z 1990 roku), Trzech muszkieterach czy hicie Kevin sam w Nowym Jorku. Tim Curry w 2012 roku doznał rozległego udaru mózgu, po którym poruszał się na wózku i miał problemy z pamięcią. Wiadomo, że aktor odszedł 25 sierpnia o godzinie 22:42 czasu lokalnego w swoim domu w Toluca Lake, w Los Angeles. Dokładna przyczyna śmierci na ten moment nie jest znana.
Ikony rocka i metali żegnają Tima Curry'ego
Wyrazu hołdu dla aktora złożyli nie tylko przedstawiciele i przedstawicielki świata kina, ale także rocka i metalu. Wpisy, upamiętniające Tima Curry'ego zamieścili m.in. Brian May, Slash, David Draiman z Disturbed czy Flea. Basista Red Hot Chili Peppers opisał, jak duże znaczenie miała dla niego persona, jaką Curry stworzył w kultowym Rocku Horror Picture Show.
Szczególnie obszerny wpis, poświęcony zmarłemu aktorowi zamieścił na swoim koncie w mediach społecznościowych Mike Portnoy. Bębniarz Dream Theater również wskazał, jak duże znaczenie miała dla niego kultowa produkcja z 1975 roku, którą jako nastolatek w początkach lat 80. oglądał dosłownie co weekend. Jak napisał perkusista, wraz ze śmiercią Curry'ego "odszedł kolejny ogromny fragment jego dzieciństwa".