Policyjny nalot na posiadłość Chucka Berry'ego i odkrycie w restauracji "The Southern Air"
W czerwcu 1990 roku policja w Wentzville w stanie Missouri wkroczyła z nakazem rewizji na teren posiadłości Chucka Berry'ego, znanej jako Berry Park, oraz do należącej do niego restauracji "The Southern Air". Funkcjonariusze działali na podstawie donosu byłego pracownika, który poinformował o niepokojących praktykach właściciela. To, co znaleźli śledczy, wywołało konsternację nawet wśród osób przyzwyczajonych do ekscentrycznego stylu życia gwiazd rocka. W damskiej toalecie lokalu odkryto profesjonalnie zamontowany system ukrytych kamer, które rejestrowały kobiety w najbardziej intymnych sytuacjach. Podczas przeszukania domu muzyka zabezpieczono ponad 200 kaset VHS z nagraniami, na których widać było niczego nieświadome klientki i pracownice lokalu.
Skandal ten nie był pierwszym konfliktem Berry'ego z prawem, ale okazał się najbardziej dotkliwy dla jego reputacji. Wcześniej artysta odsiadywał wyroki między innymi za kradzież z bronią w ręku czy przewiezienie 14-latki przez granicę stanu w niemoralnych celach. Jednak sprawa z 1990 roku uderzyła w zwykłych ludzi, którzy odwiedzali jego restaurację w celach towarzyskich. Oprócz kompromitujących taśm, policja znalazła w domu Berry'ego 62 gramy marihuany, haszysz oraz trzy sztuki broni palnej. Znaleziono również 130 000 dolarów w gotówce, co w połączeniu z narkotykami mogło sugerować handel zakazanymi substancjami, choć ostatecznie te zarzuty zostały wycofane w ramach ugody.
"Łapałem złodzieja". Jak upadła linia obrony ojca rock'n'rolla
Kiedy sprawa trafiła do mediów, Chuck Berry i jego prawnicy próbowali ratować wizerunek, przedstawiając kuriozalne wyjaśnienie całego zajścia. Muzyk twierdził, że kamery zostały zainstalowane wyłącznie po to, aby złapać na gorącym uczynku jedną z pracownic, którą podejrzewał o kradzież pieniędzy oraz zapasów z zaplecza restauracji. Według jego oficjalnego stanowiska, podglądactwo nie było motywem jego działania, a jedynie nieszczęśliwym skutkiem ubocznym prowadzenia wewnętrznego śledztwa w firmie. Argumentacja ta bardzo szybko została podważona przez prokuraturę i biegłych sądowych, którzy przeanalizowali kąt ustawienia obiektywów.
To bardzo fascynująca idea i wciągająca historia, z której powstałby pewnie świetny film. No ale piosenka nie została napisana przez CIA – stwierdził muzyk w zupełnie innym kontekście, ale jego skłonność do kreowania alternatywnej rzeczywistości była znana od lat
Śledczy wykazali, że kamery były skierowane bezpośrednio na kabiny toaletowe, a nie na kasy fiskalne, drzwi wyjściowe czy magazyn towarów. Na zabezpieczonych taśmach nie było widać żadnych dowodów kradzieży, a jedynie dziesiątki kobiet korzystających z łazienki. Co więcej, fakt, że nagrania były skrupulatnie archiwizowane w prywatnym domu Berry'ego, całkowicie dyskredytował jego wersję o pilnowaniu porządku w restauracji. W środowisku muzycznym zaczęły krążyć plotki, że artysta od lat fascynował się voyeuryzmem, o czym zresztą wspominał w swojej autobiografii wydanej w 1987 roku, choć wtedy nikt nie brał tych wyznań za zapowiedź przestępstwa.
Milion dolarów odszkodowania i proces wytoczony przez kilkadziesiąt kobiet
Konsekwencje prawne skandalu w "The Southern Air" były dla Berry'ego wyjątkowo bolesne, zwłaszcza pod kątem finansowym. Choć w sprawie karnej udało mu się uniknąć więzienia za narkotyki dzięki ugodzie (otrzymał 6 miesięcy więzienia w zawieszeniu i dwa lata nadzoru kuratorskiego), to prawdziwe problemy zaczęły się na gruncie cywilnym. Przeciwko muzykowi sformułowano pozew zbiorowy, do którego ostatecznie przyłączyło się 59 kobiet. Rozpoznały one swoje wizerunki na nagraniach zabezpieczonych przez policję. Liczba poszkodowanych mogła być znacznie większa, gdyż niektóre źródła sugerowały, że z prawnikami kontaktowało się nawet 200 osób.
Aby uniknąć publicznego procesu, który mógłby trwać miesiącami i dostarczać prasie brukowej kolejnych szczegółów, Berry zdecydował się na ugodę pozasądową w 1994 roku. Zobowiązał się do wypłacenia poszkodowanym kobietom łącznej kwoty około 1,2 miliona dolarów oraz pokrycia ich kosztów adwokackich. Co ciekawe, Berry próbował zmusić swoją firmę ubezpieczeniową do pokrycia tych kosztów, argumentując, że jest to element ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej. Ubezpieczyciel kategorycznie odmówił, twierdząc, że instalowanie kamer w toaletach to świadome przestępstwo, a nie wypadek przy pracy. Ostatecznie muzyk musiał zapłacić wszystko z własnej kieszeni, co zmusiło go do intensywnego koncertowania w podeszłym wieku, za czym osobiście nie przepadał.
Trudne dziedzictwo artysty w dobie ruchu #MeToo
Wydarzenia z 1990 roku na zawsze zmieniły status Chucka Berry'ego w świecie muzyki. Choć jego wkład w powstanie rock'n'rolla jest niepodważalny, w ostatnich dekadach życia stał się on postacią izolowaną. Dziennikarze, którzy chcieli przeprowadzić z nim wywiad, musieli często podpisywać klauzule zabraniające pytań o sprawę restauracji "The Southern Air". Artysta do samej śmierci w 2017 roku unikał publicznego bicia się w pierś, a jego autobiografia nigdy nie doczekała się uzupełnienia o ten mroczny rozdział. Branża muzyczna przez lata próbowała oddzielać talent kompozytorski od jego czynów, ale pośmiertna ocena muzyka, szczególnie w dobie ruchu #MeToo, stała się znacznie surowsza.
Dziś historycy rocka coraz częściej podkreślają, że legenda Berry'ego ma dwie twarze. Z jednej strony mamy genialnego gitarzystę, który zainspirował The Beatles i The Rolling Stones, a z drugiej człowieka, który wielokrotnie naruszał prywatność i godność kobiet. Skandal z ukrytymi kamerami pozostaje najbardziej wyrazistym dowodem na mroczną stronę natury artysty. Współczesne opracowania dotyczące jego życia rzadko pomijają te fakty, stawiając fanów przed trudnym pytaniem o to, czy można w pełni cieszyć się muzyką kogoś, kto dopuścił się tak poważnych nadużyć.