Ukryte kamery w toalecie Chucka Berry'ego
Pod koniec 1989 roku, kiedy świat wciąż tańczył w rytm jego nieśmiertelnych riffów, rock'n'rollowy pomnik Chucka Berry'ego zaczął niebezpiecznie pękać w posadach. Dokładnie 27 grudnia, gdy w głośnikach leciało „Run Rudolph Run”, była kucharka z jego restauracji Southern Air, Hosana Huck, odpaliła prawdziwą bombę. Złożyła pozew, w którym oskarżyła pioniera rocka o instalowanie ukrytych kamer w damskiej toalecie i potajemne nagrywanie pracownic. To, co początkowo wyglądało na pojedynczy zarzut, wkrótce zamieniło się w potężną kulę śniegową, która groziła pogrzebaniem legendy muzyka pod lawiną kompromitujących dowodów.
Lawina oskarżeń ruszyła
Sprawa nabrała tempa godnego rockowego hymnu, gdy do pozwu dołączyło blisko 60 innych kobiet. Kakofonia oskarżeń objęła nie tylko restaurację Southern Air w Wentzville, ale również prywatną posiadłość artysty, Berry Park. Przyciśnięty do muru muzyk przyznał, że taśmy istnieją, ale jego linia obrony brzmiała jak kiepski żart. Berry utrzymywał, że nie ma pojęcia, kto zamontował sprzęt, co w oczach opinii publicznej było tłumaczeniem równie wiarygodnym, co tekst piosenki o lataniu samochodem. W końcu to on był właścicielem i budynków, i całego tego filmowego majdanu.
Policyjny nalot na Chucka Berry'ego
W lipcu 1990 roku fabuła tego mrocznego thrillera gwałtownie przyspieszyła. Policja, pierwotnie polująca na kokainę, wjechała z impetem na teren posiadłości Chucka Berry'ego, a to, co tam odkryła, podkręciło głośność skandalu do jedenastu. Funkcjonariusze zabezpieczyli 62 gramy marihuany, broń palną i ponad 122 tysiące dolarów w gotówce. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. W ręce śledczych wpadły ogromne zbiory kaset wideo i materiałów pornograficznych, a wśród nich nagrania z udziałem osób nieletnich. To był cios, który mógł ostatecznie pogrążyć artystę, rozszerzając katalog zarzutów o potencjalne molestowanie dzieci.
Szukali kokainy, znaleźli coś gorszego
Choć najcięższe oskarżenia dotyczące materiałów z nieletnimi upadły z braku dowodów na zamiar ich posiadania, Berry i tak nie wyszedł z tego bez szwanku. Muzyk przyznał się do posiadania marihuany, co skończyło się zarzutem o wykroczenie i koniecznością wpłaty 20 tysięcy dolarów kaucji. Jego adwokat, Wayne Schoeneberg, rzucił na szalę karkołomną tezę, sugerując, że kompromitujące taśmy mogły zostać podrzucone. Rynek nie kupił tej historii, a wizerunek Berry'ego leżał już w gruzach.
Chuck Berry zapłacił 1,3 miliona dolarów. Dlaczego Johnny B. Goode nie był "good"?
Prawna saga dobiła do finału w 1994 roku, kiedy Sąd Najwyższy bez zbędnych komentarzy odrzucił apelację Berry'ego, gasząc ostatnią iskrę nadziei. Postawiony pod ścianą muzyk poszedł na ugodę w procesie zbiorowym, co kosztowało go około 1,3 miliona dolarów. Mimo że jego prawnicy do końca zaprzeczali winie, wypłata tak gigantycznej sumy mówiła sama za siebie. Jakby tego było mało, osiem innych kobiet w oddzielnych procesach wywalczyło kolejne ugody, uszczuplając konto gwiazdora o dodatkowe 350 do 400 tysięcy dolarów.
Skandal stał się gwoździem do trumny dla restauracji Southern Air, którą zamknięto jeszcze w 1990 roku. Sam Berry próbował ratować twarz, określając całą aferę mianem „rasowej kampanii finansowego linczu”, co wielu uznało za cyniczną zagrywkę. Dziś, szczególnie w świetle plotek o jeszcze bardziej szokujących materiałach, rzekomo odnalezionych po jego śmierci w 2017 roku, sprawa ukrytych kamer na zawsze pozostanie mrocznym refrenem w biografii „ojca rock'n'rolla”. Wygląda na to, że Johnny B. Goode wcale nie był taki „goode”.